poniedziałek, 28 lipca 2014

Music Within My Heart, Honey... [6]

[6]


Czułem się jak wrak. Tępy ból głowy nie dawał mi spokoju, a wszechogarniająca jasność w nieprzyjemny sposób sprowadzała do rzeczywistości. Mojego samopoczucia nie poprawiał fakt, że nic nie pamiętałem. Wydarzenia z poprzedniego wieczoru wydawały się być nieodgadnioną tajemnicą, jednak dziwne ssanie w żołądku, spowodowane nie tylko zbyt dużą ilością wypitego alkoholu, świadczyło o tym, że moje zachowanie wymknęło się spod kontroli.
Otworzyłem oczy i z ulgą zarejestrowałem fakt, że znajdowałem się we własnym mieszkaniu. Usiadłem na łóżku, przeczesałem dłonią włosy i zacząłem rozmasowywać skronie, w nadziei, że ból minie. Ni cholery nie pomogło. Z ciężkim westchnieniem zsunąłem się z łóżka i powlokłem do łazienki.

Szedłem, ostrożnie stawiając kroki. Wiedziałem, że jeżeli się przewrócę, to zostanę na podłodze, dopóki kac mi nie minie albo ktoś mnie nie odwiedzi, a nic nie wskazywało na nastąpienie żadnego z wariantów w najbliższej przyszłości.

W drodze pod upragniony prysznic wziąłem swój ulubiony fiołkowy, kaszmirowy szlafrok, włączyłem odtwarzacz ( https://www.youtube.com/watchv=jbg738Mjoe8&feature=youtube_gdata_player ) i zaparzyłem kawę, przy okazji rozkoszując się aromatem wydobywającym się z kubka, a moje ciało wpadało w euforyczny stan, przeczuwając nieodległe w czasie strumienie ciepłej wody.

Rozebrałem się do naga i z satysfakcją spojrzałem w lustro… przesunąłem po sobie wzrokiem z niekrytym podziwem, lecz całe zadowolenie prysło, gdy spojrzałem na swoją twarz. Przekrwione białka, cienie pod oczami i rozmazany makijaż ewidentnie wskazywały na mocno zakrapianą imprezę i nie tworzyły razem ideału piękna. Wyglądałem jak borsuk. Szybko zakropliłem oczy z nadzieją, że do 15. pozbędę się „efektu królika” i nie będę straszył ludzi. A przynajmniej nie bardziej niż zwykle. Wyjąłem kolczyk z języka i niecierpliwymi ruchami umyłem zęby, nie skracając wyznaczonego czasu – 6 minut – ani o sekundę.

Gdy już wreszcie znalazłem się w kabinie i gorąca woda zaczęła delikatnie pieścić moją skórę, całe wyczerpanie wydawało się mnie opuścić. Z lubością oddawałem się wszystkim znanym rytuałom, pozwalając myślom płynąć w nieznane. Dryfowałem w przestrzeni, kierowany tylko przez szum i stukot kropel o kafelki. Mógłbym tak trwać w nieskończoność, ale woda stopniowo zmniejszała swoją temperaturę.

Wyszedłem i powoli wciągnąłem do płuc zimne powietrze. Z westchnieniem przysiadłem na pralce owijając się kaszmirem i zacząłem suszyć włosy, wciąż lekko otumaniony.

Znów zaczynałem odpływać, kiedy przez huczenie suszarki, do moich uszu dotarł dziwny dźwięk. Chwilę zajęło mi zorientowanie się, że to dzwonek mojego telefonu, a następną chwilę zlokalizowanie go w gabinecie. Zanim do niego dotarłem już dawno przestał dzwonić. Spojrzałem na wyświetlacz, a moje tętno zatrzymało się i ruszyło ze zdwojoną siłą.

Nazwisko, które na nim widniało wywoływało we mnie wiele sprzecznych emocji, czułem jak niewidzialny węzeł zaciska się na moich wnętrznościach, a całe ciało ogarnia euforia. Wpatrywałem się w ekran jak zahipnotyzowany, kiedy przyszła wiadomość od tej samej osoby.

Leo Silver
„Kawa nadal aktualna? L.”


Przygryzłem dolną wargę, zaniepokojony brakiem jakiegokolwiek pieszczotliwego wstępu i emotikon. Tłumaczenie, że przecież nie jesteśmy razem, że to nic nie znaczy, że może po prostu się spieszył, że w sumie to dlaczego miałbym się tym przejmować, nic nie dawało. Jak na osobę o wybujałym ego i wysokim poczuciu własnej wartości przystało, poczułem się urażony. Jakaś moja część, którą starałem się ignorować, domagała się wymierzenia sprawiedliwości w terminie natychmiastowym.

Żeby zamknąć drogę impulsywnym zachowaniom wszelkiej maści, szybko wysłałem oschłego, lakonicznego ale potwierdzającego sms’a i od razu tego pożałowałem. Jak tak dalej pójdzie, to guzik wyjdzie ten nasz związek. Z westchnieniem usiadłem na obrotowym krzesełku, zakładając wilgotne włosy za ucho i drżącymi dłońmi wyjąłem z awaryjnej paczki papierosa. Chłodne powietrze owinęło się wokół mojego ciała, gdy poły szlafroka się rozsunęły. Bardziej niż kiedykolwiek potrzebowałem kawy, ale ta była w kuchni na blacie, a utrzymywanie się na własnych nogach, było teraz ponad moje siły.

Korzystając z okazji włączyłem komputer, żeby zająć czymś niespokojne myśli. Ze wszystkich sił starałem się uspokoić. Najlepszym sposobem okazało się obmyślanie stroju. Układałem w głowie miliony zestawów, bezmyślnie przeglądając tablicę na facebook’u, ale żaden z nich nie wydawał mi się wystarczająco dobry.

Gdy moja irytacja i poczucie beznadziejności sięgnęły zenitu, zrezygnowany spojrzałem na zegarek. Była 11, co oznaczało, że do spotkania z Leo zostały 4 godziny, a dzisiejsze zajęcia na uczelni dobiegły końca. Podjąłem krok ostateczny i zadzwoniłem do osoby, która jako jedyna miała prawie identyczne poczucie stylu jak ja. Uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy… zapowiedź odwiedzin tego człowieka, niosła ze sobą obietnicę, której już nie mogłem się doczekać. Udałem się do kuchni, żeby wypić, niestety już zimną kawę i zapalić jeszcze jednego papierosa.
Dym wypełnił moje płuca, lekko drapiąc w gardło i rozluźniając mięśnie.

Przymknąłem oczy, delektując się tym uczuciem. Próbowałem przestać palić, niezliczoną ilość razy, ale każda moja próba, kończyła się fiaskiem. Zbyt mocno uwielbiałem szelest towarzyszący otwieraniu nowej paczki i zaciąganie się, by zrezygnować.

Nie minęło pół godziny, a Paul zaanonsował przybycie mojego gościa. Przeczesałem dłonią włosy i nawet nie zadając sobie trudu, żeby zawiązać szlafrok, otworzyłem drzwi.
Na progu stał Nathaniel Ambre… łączyły nas przedziwne stosunki. Chodziliśmy razem do jednej grupy na ASP i od pierwszego dnia trzymaliśmy się razem. Wytworzyło się między nami coś na kształt przyjaźni, ale bardzo różniącej się od więzi z Claire i Marco. Oboje byliśmy artystami z wrażliwymi duszami. Uwielbialiśmy toczyć długie dyskusje dotyczące sztuki. Potem zaczęliśmy się sobie zwierzać, a od kilku miesięcy do naszych relacji wkradły się erotyka i wzajemne pożądanie, nie mające nic wspólnego z romantyzmem.

Żaden z nas nie potrafił powiedzieć, co nas do siebie przyciągało. Być może chodziło o podobne postrzeganie rzeczywistości i odbieranie świata. Byliśmy identyczni, choć zupełnie różni. Jak yin i yang.

Nate, tak samo jak ja był cyniczny, czasami nawet perfidnie złośliwy ale w przeciwieństwie do mnie, chętnie pomagał ludziom, do których szybko się przywiązywał i wiecznie się uśmiechał, choć posiadał swoją mroczną stronę. Był bardzo wrażliwy, choć rzadko to okazywał, jednak, gdy ktoś mocno go zranił, dawał upust swoim emocjom i łzom, podczas kiedy ja chowałem się za ścianą sarkazmu i gniewu.

Stał teraz w drzwiach, ubrany w czarne rurki, skórzane brązowe oficerki, pomarańczową koszulkę z fałdowanym dekoltem i krótkimi rękawami, która delikatnie opływała jego umięśniony tors oraz czarną, długą kamizelkę. Na jego nadgarstku oprócz zwykłego zestawu bransoletek, zauważyłem ciemną bandanę. Jego roztrzepana, kruczoczarna czupryna, sięgała przed ramiona, a duże, miodowe oczy wspaniale współgrały z zawadiackim uśmiechem na ustach, patrząc na mnie z uznaniem.

Pocałował mnie delikatnie w policzek, obejmując ramieniem.
- Andy, skarbie, co się stało? – spytał lekkim głosem, patrząc mi prosto w oczy. Podniosłem wzrok i pod wpływem impulsu złączyłem nasze usta, wciągając jego zapach. Moje ciało od kilku dni domagało się atencji, a nie lubiłem sam się zaspokajać. Potrzebowałem bliskości i dotyku drugiej osoby. Kogoś, kogo znałem, a Nate był najbliżej.


Wydawał się być zaskoczony, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że miał nadzieję na taki obrót wydarzeń. Zamknął drzwi, nie przerywając kontaktu i dotknął językiem mojej dolnej wargi.
Rozchyliłem usta, pogłębiając pocałunek i przysuwając się bliżej. Moje podniecenie rosło z każdą sekundą, zmuszając mnie do sięgania po więcej. Z niecierpliwością przylgnąłem do niego i zacząłem masować jego kark, za co zostałem nagrodzony głębokim pomrukiem.

Nate wplótł palce jednej dłoni w moje włosy, zmieniając pocałunek w bardziej drapieżny i przesycony pożądaniem, a drugą ręką dotknął mojego sutka, pieszcząc go.
Wzdłuż kręgosłupa przeszedł mi dreszcz, a mój członek drgnął. Oderwałem się na chwilę od jego ust, tylko po to, żeby pozbyć się jego ubrań, a on zsunął zdecydowanym ruchem kaszmir z moich barków. Podniósł mnie szybko z podłogi, a mój jęk zaskoczenia, zmieszał się z tym rozkoszy, gdy nasze skóry zetknęły się, nieograniczane przez żaden materiał. Zaprowadził mnie do sypialni i popchnął na łóżko, a sam stanął przede mną obserwując.

Leżałem z szeroko rozłożonymi nogami, całkowicie wyeksponowany, ciężko oddychając. Drżałem w oczekiwaniu na jego następny ruch, na dotyk. Delikatnie przesunął językiem, znacząc moją skórę od wnętrza ud, starannie omijając mojego penisa, aż do szyi. Zahaczył o moje sutki, wyrywając z mojego gardła cichy jęk.

Naparł na mnie całym swoim ciężarem, liżąc, ssąc i podgryzając bladoróżową skórę.

Pozwoliłem mu się prowadzić, byłem w stanie tylko ciężko oddychać i poruszać biodrami, starając się ocierać ciałem o ciało, gdy mnie pieścił.
Przesunął usta na wrażliwą skórę szyi, składając na niej pocałunki i tworząc malinki. Jakaś część mnie, która pozostała trzeźwa, wytknęła mi bierność, więc ostatkiem woli wsunąłem dłoń pomiędzy nasze ciała i złączyłem penisy.

Krzyknąłem, odchylając głowę do tyłu i szepcząc imię kochanka pomiędzy jękami. Nate wydał z siebie gardłowy odgłos i odsunął się lekko, patrząc mi prosto w oczy. Uszczypnął mnie w sutki i zamienił moją rękę na swoją, stymulując nas o wiele intensywniej.

Wszystkie mięśnie drżały konwulsyjnie, gdy zbliżałem się do orgazmu. Przestałem nad sobą panować, gdy brązowooki zaczął natarczywie pieścić moją żołądź. Zamarłem w bezruchu, milisekundę przed tym, jak doszedłem, a przed oczami zobaczyłem pewnego blondyna, ze złotymi oczami. Leo. Leo. Leo. Leo. Jego imię dźwięczało mi w uszach, czułem je na języku i w duszy. Przeprowadziło mnie przez otchłań rozkoszy, w której się nagle znalazłem. Całe moje jestestwo przeżywało swego rodzaju trzęsienie ziemi, które mogłoby trwać wiecznie.

Kiedy już zaczęło mi się rozjaśniać przed oczami, powoli wyrównywał mi się oddech, a zdolność logicznego myślenia dała o sobie znać, zorientowałem się, że nawet nie wiem czy i kiedy doszedł Nate.

Opanowując w pewnym stopniu, wciąż drżące ciało, odwróciłem się na bok i napotkałem rozbawiony i wycieńczony wzrok kochanka.
Przeturlałem się w jego stronę i objąłem ramionami, a mojej uwadze nie uszedł podstępny uśmieszek, który po chwili uświadomił mi jedną rzecz – imię mojego obiektu westchnień zostało przeze mnie zwerbalizowane. Nawet dość dobitnie. I sądząc po moim zachrypniętym 
gardle – całkiem głośno.
Sarknąłem i ukryłem twarz w ramieniu ewidentnie rozbawionego Nate’a, wyrzucając sobie głupotę i złorzecząc, na czym świat stoi.
Poza lekkimi przytykami pod moim adresem i podchodami, szatyn zdawał się bagatelizować całe wydarzenie. Wreszcie po kilkunastu minutach nie wytrzymał i łaskotaniem „wymusił” na mnie zeznania.

Z radością i entuzjazmem, o jaki nigdy w życiu bym się nie podejrzewał, rozpocząłem swój wywód, tak jak wczoraj, gdy zdawałem relację Claire.
Nate był świetnym słuchaczem. Potakiwał głową, wtedy, kiedy trzeba, wydawał z siebie pomruki mające na celu zapewnienie mówiącego, o zaangażowaniu w opowiadaną historię, ale na jego nieszczęście, byłem dobrym obserwatorem.

Zauważyłem, że posmutniał tuż po tym jak wspomniałem o obrazie i niemalże wpadł w panikę na słowo „profesor”, a rękę, na której wcześniej miał zawiązaną bandanę, stara się ukryć, jednak dla jego komfortu udawałem, że niczego nie widzę. Dokończyłem swoją opowieść, finalizując ją błaganiem o pomoc w doborze ubrań, które nieco poprawiło mu humor. Bardziej niż chętnie zaczął się ogarniać i ruszył w stronę garderoby.

Już prawie kończyłem nakładać makijaż, kiedy Nate się zapomniał i dłonią, którą wcześniej chował odgarnął włosy z czoła, a ja zauważyłem świeże zaczerwienienia na jego nadgarstku, zbyt regularne na ślady po kocich pazurach.

Pod wpływem impulsu zerwałem się z krzesła i znalazłem się przy nim w ciągu niecałej sekundy, przytrzymując i unieruchamiając jego rękę z wymownym spojrzeniem. Zacisnął powieki i przygryzł dolną wargę, pochylając nieco głowę.
- Nathaniel… czy na pewno wszystko w porządku? – powiedziałem delikatnie, najcieplejszym głosem, jaki mogłem z siebie wydobyć, obejmując go.

Zadrżał i uniósł podbródek, patrząc na mnie szklistymi oczami. Rozchylił usta, jakby chciał coś powiedzieć, jednak zamiast słów, wydobył się z nich szloch. Przylgnął do mnie roztrzęsiony, a ja sobie obiecałem, że ktokolwiek go doprowadził do tego stanu, odpowie za to.
Gdy uspokoił się na tyle, że mógł składać zdania, dowiedziałem się wszystkiego.

Od kilku tygodni, znienawidzony przez wszystkich Frederick Hammond, jeden z wykładowców na naszej uczelni, był stałym bywalcem gejowskiego strip clubu, w którym Nate dorabiał jako tancerz go-go. Jakby tego było mało, facet zaczął go prześladować i zatrzymywać po zajęciach, robiąc insynuacje i szantażować chłopaka ujawnieniem jego tajemnicy, zmuszając do różnych rzeczy. Kiedy na moją prośbę, wymamrotał sprecyzowanie „różnych rzeczy” moja wściekłość osiągnęła stan najwyższy.


Pieprzony zboczeniec próbował wykorzystać mojego przyjaciela. Decyzję podjąłem natychmiast. Zdecydowanym ruchem chwyciłem telefon i zacząłem wybierać numer.
- Gdzie dzwonisz? – spytał zaskoczonym i wciąż roztrzęsionym tonem.
- Odwołać spotkanie. – powiedziałem szybko – Nie ma mowy, żebym zostawił cię 
samego. – spojrzałem mu w oczy – Nie w takim stanie.
- Nie! – wrzasnął i wyrwał mi komórkę z ręki, natychmiast anulując połączenie – Pod żadnym pozorem tu ze mną nie zostaniesz!
- Co? – furia szatyna była oszałamiająca – O czym ty do cholery mówisz?
- Nie chcę, żeby przez moje problemy ominęła cię szansa twojego życia – spojrzał na mnie spode łba, łypiąc groźnie.
- Dramatyzujesz. – stwierdziłem stanowczo – To tylko spotkanie… Nic się nie stanie.
- Nie żartuj – prychnął Nate – To nie jest „tylko spotkanie” – przedrzeźnił mój wcześniejszy 
ton – To jest r a n d k a – powiedział z naciskiem – W dodatku z przyzwoitym facetem, a to nie zdarza ci się zbyt często…
- Nie ma mowy, żebym zostawił przyjaciela na rzecz randki! Nawet z przyzwoitym 
facetem! – dodałem szybko, widząc, że znowu otwiera usta.
- Daj spokój… – spojrzał na mnie z politowaniem – Tobą nie interesują się przyzwoici faceci… drugi raz szybko to się nie zdarzy.
- Nie cierpię cię. – wysyczałem w odpowiedzi na tę jawną złośliwość.
- Wiem, kochanie – odparł ze śmiechem, jednak zaraz spoważniał – Nie martw się. Pójdę do Shad. Nic mi nie będzie – popatrzył na mnie nieśmiało – To jak?
- Nie będziesz nigdzie łaził – odparłem ostrym tonem, nie ustępując. 

Po kilkunastu minutach, zgodziłem się, aczkolwiek niechętnie, na kompromis. Pójdę na spotkanie z Leo, jak chciał Nate, jeśli on nie ruszy się na krok z mojego mieszkania i zadzwoni po swoich przyjaciół, żeby nie był sam. Uzgodniliśmy warunki porozumienia, a mnie zakłuło coś w sercu, kiedy zobaczyłem, jak bardzo kruczowłosy cieszy się moim szczęściem, nawet gdy jego świat się wali z hukiem.

Dałem się zaciągnąć do garderoby i przed lustro, aby mój doradca mógł wprowadzić ostateczne zmiany i poprawić wszelkie niedociągnięcia.

Jak już się upewniłem, że zadzwonił po wsparcie, niemalże wypchnął mnie za drzwi i z dwuznacznym uśmiechem życzył mi powodzenia, zatrzaskując drzwi.


W holu dałem instrukcje Paul’owi i wyszedłem, podejmując wyzwanie w towarzystwie żarzącego się papierosa.

3 komentarze:

  1. Tak! Kolejny rozdział :D . Nie mogę się doczekać kolejnych przygód Leo i Andy'ego :3 .

    OdpowiedzUsuń
  2. Andy, Claire, a teraz Nate. Z każdą z tych postaci od samego początku się identyfikuję. Czuję jakbym była nimi, a oni mną.
    Kocham twój styl, tę historię oraz nieprzewidywalne zwroty akcji (jeśli można użyć tej nazwy tutaj), które tworzysz

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, tak, tak, kocham to *-*
    Podoba mi się Twój styl pisania..i piosenki ^^
    Czytam i czekam na następne rozdziały. ;)

    OdpowiedzUsuń