niedziela, 27 lipca 2014

Music Within My Heart, Honey... [2]

 [2]


Gdy dotarłem do domu, zdążyłem już kilkadziesiąt razy przeanalizować wcześniejsze spotkanie i dobitnie wyrazić irytację swoją głupotą, kopiąc napotkane na drodze kamienie. Wszedłem do klimatyzowanego, dużego holu i w roztargnieniu przywitałem się z recepcjonistą.
- Witaj Paul! – krzyknąłem do mężczyzny siedzącego za kontuarem i szybko popędziłem do windy, starając się uniknąć rozmowy. Nie, żebym go nie lubił. Był miłym facetem, koło czterdziestki. Bardzo umięśniony i chorobliwie przystojny, ale nie w mojej lidze. Jako partnera potrzebuję kogoś, z kim będę mógł prowadzić inteligentne rozmowy na każdy temat, a Paul miał… prosty i ograniczony umysł. Przynajmniej jeśli chodzi o interesujące mnie zagadnienia.
Otworzyłem drzwi do mieszkania i odetchnąłem z ulgą gdy się za mną zamknęły. Wrzuciłem klucze do pojemnika i pozapalałem światła we wszystkich pokojach. Kochałem to miejsce, mogłem się tu zaszyć i schować przed wszystkimi. Każdego gościa z osobna kontrolował Paul, wystarczyło go poinstruować, że jak tylko ktoś do mnie przyjdzie, ma powiedzieć „Pan Cole jest w tej chwili zajęty” lub po prostu „Pana Cole’a nie ma teraz w domu”. Instrukcje te nie dotyczyły tylko dwójki moich przyjaciół – Marco i Claire.
Apartament był ogromny, przestronny i urządzony w nowoczesny sposób, a z okien sięgających od sufitu do podłogi rozciągał się widok na Nowojorską, betonową dżunglę miejską i Central Park. 
Choć cudowne i niezastąpione, mieszkanie wiązało się dla mnie z dość depresyjnymi wydarzeniami z mojego życia, gdyż dostałem je od rodziców na 18. urodziny jako bonus do wydziedziczenia i wywalenia mnie z domu na zbity pysk. W miarę „normalny” kontakt utrzymywałem tylko z dziadkami. Moi rodziciele dzwonili do mnie tylko raz do roku sprawdzić, czy nie muszą dokładać pieniędzy na mój pogrzeb, który przywitaliby z radością.
Zatrzymałem się na chwilę w łazience, opłukałem ręce, przebrałem się w podkoszulek na ramiączkach i zmyłem makijaż. Westchnąłem. Miałem jeszcze do namalowania obraz na jutrzejsze zajęcia, czyli mogłem pożegnać się ze spaniem tej nocy. Usiadłem na pralce przed lustrem i rozpocząłem swój rytuał odprężający – wziąłem do ręki szczotkę i zacząłem rozczesywać długie, sięgające za połowę pleców, lśniące pasma włosów. Każde z osobna, żadnego nie pomijając. Obserwowałem wszystko w lustrze, podziwiając. Miałem bardzo specyficzne włosy – były niczym osobny, żywy organizm, żyjący własnym życiem. Czarne, z granatowymi refleksami w świetle wyglądały magicznie.
Przymknąłem oczy i czułem jak zmęczenie i napięcie opuszczają moje ciało. Odłożyłem szczotkę, wplotłem palce we włosy przeczesując je i delikatnie masując skórę głowy oparłem się o kafelki z lekkim uśmiechem. W takich chwilach świat dla mnie nie istniał, byłem tylko ja, sam na sam ze swoimi myślami i jestestwem. Siedziałem tak jeszcze przez chwilę, „przechodząc w tryb artystyczny”, W końcu się w sobie zebrałem i wstałem.
Poszedłem do kuchni i włączyłem ekspres do kawy i gdy się płukał, zdążyłem znaleźć Bailey’sa i wlać go do kubka. Jak ekspres już stwierdził, że jest czysty i łaskawie zrobi mi kawę, położyłem naczynie tak, aby napój do niego spłynął i z w ten sposób przygotowanym drinkiem, udałem się do „gabinetu”.
Podszedłem do wieży, żeby nastawić utwór [https://www.youtube.com/watch?v=ZSkYfZTdBjA], który zawsze wprawia mnie w melancholijny stan i stanąłem na przeciwko sztalugi, jednak mój wzrok uciekł w stronę drzwi balkonowych. Po chwili zastanowienia przeniosłem wszystkie potrzebne mi ustrojstwa na taras, podkręciłem głośność w odtwarzaczu, złapałem pędzel i dotknąłem płótna. Zamknąłem oczy i chłonąłem dźwięki. Chłodny nocny wiatr muskał moje odkryte ramiona, wywołując dreszcze i gęsią skórkę. Powoli poruszyłem dłonią, wsłuchując się w dźwięki dochodzące z głośników.
Fire fails, blushes pale
We will answer the call
There’s a meaning to all our
Moja ręka poruszała się jakby bez mojego udziału, kreśląc wzory na tkaninie, a przez moją głowę przepływało milion myśli i doznań.
Don’t lose sight, don’t deny
We are leaves meant to fall,
There’s a meaning to all our
Seeds of eulogy to sow along with dreams
Fill the need that can leave us grieving alone
A symphony resounding in our minds
Guides us through
As you hear me
As you do,
As you need me…
Gdy poczułem, że mój cały „mistyczny” potencjał został wyczerpany, delikatnie oderwałem pędzel od płótna i otworzyłem oczy, ciekawy co tym razem stworzyłem i czy owe coś nadaje się na zajęcia. Zamarłem. Zobaczyłem mozaikę przypominającą płomienie, ogniste kolory przechodzące od słomkowej żółci do różu pompejańskiego, miejscami były poprzecinane smugami paryskiego błękitu. W centrum obrazu znajdowała się samotna, lekko rozmazana postać ze złotymi włosami. Byłem… co najmniej zaskoczony. Zawsze odpływałem podczas malowania , ale nigdy aż tak… Poczułem nagłą więź z obrazem i niezbyt podobała mi się myśl, że będę musiał go zaprezentować na dzisiejszych zajęciach, tym bardziej, że prof. Owson miał tendencję do przeprowadzania dogłębnej analizy wszystkich dzieł swoich studentów, a zwłaszcza moich. Od początku pierwszego roku, kazał mi poprawiać każdy, najdrobniejszy szczegół, co niezmiernie mnie irytowało i doprowadziło do tego, że przed zajęciami z moim „ukochanym” profesorkiem, brałem tabletki uspokajające.
Wstałem, rozprostowałem kości i zapaliłem papierosa. Zaciągnąłem się głęboko do płuc i powoli wypuściłem dym, robiąc kółeczka. Nikotyna dostała się do mojego krwiobiegu, wywołując uśmiech na twarzy. Wróciłem do dużego pokoju i przerażeniem stwierdziłem, że do wyjścia zostały mi tylko dwie godziny, a poranne szykowanie zajmuje mi przeciętnie trzy do trzech i pół. Popędziłem do kuchni i wypiłem kawę, która została jeszcze z wczorajszego wieczoru. Nienawidzę pić zimnej kawy. Jest obrzydliwa i ma okropną konsystencję. Teraz jednak nie miałem wyboru, bardziej niż smaczna kawa, liczyło się doprowadzenie do skutku prysznica, makijażu i dobioru ubrań. Bez tego, ani rusz. Szybko wskoczyłem pod prysznic i zwilżyłem lekko włosy, aby nałożyć na nie odżywkę. Po zakończonym zabiegu opłukałem całe ciało lodowatą wodą, żeby się jeszcze bardziej rozbudzić i orzeźwić. Przez cały czas przypomniałem sobie, że nie mam czasu na kontemplację i muszę się śpieszyć, jednak cały czas moje myśli wędrowały do tego przeklętego obrazu i Leo. Zakręciłem wodę i zacząłem się wycierać ręcznikiem. Nagle przyszło mi do głowy, że mógłbym sobie, na przykład wyobrazić, że moje ręce, to ręce Leo, który jest tu ze mną i… STOP! Wrzasnąłem na siebie i uciekłem z łazienki, żeby się ubrać, zanim jeszcze jakiś genialny pomysł przyjdzie mi do głowy.
Wpadłem do garderoby chcąc wziąć pierwsze lepsze ubrania i wyjść, ale… nie potrafiłem. Dopiero po kilku minutach namysłu wybrałem, czarne rurki, koszulkę z dekoltem w serek, w takim samym kolorze, fioletową apaszkę i bordowo-fioletowe wysokie, skórzane i marszczone buty, prawie w stylu Jack’a Sparrow’a. Już w ubraniu, bez lęków, wróciłem do łazienki, z zamiarem uskutecznienia perfekcyjnego makijażu. Usiadłem przed toaletką i przez chwilę wpatrywałem się z zachwytem w swoje odbicie, poczym nałożyłem na policzki trochę różu, żeby uwydatnić kości policzkowe, delikatnie obrysowałem oczy kredką i wtarłem w usta balsam nawilżająco pielęgnujący. Szybko rozczesałem włosy i poszedłem zapakować obraz, jednocześnie przeklinając się za bezmyślność, bo oczywiście nie mogłem namalować zwykłej martwej natury, czy czegoś równie prostego. Nie, musiałem się bawić w abstrakcję… jak zwykle.
Cudem znalazłem swoje ukochane, przeciwsłoneczne aviatorki i skórzaną kurtkę. Nie patrząc na zegarek, żeby się nie stresować, wsunąłem swoje dzieło do pokrowca, zarzuciłem torbę na ramię i zamknąłem drzwi od mieszkania.

Tak przygotowany ruszyłem zmierzyć się ze światem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz