poniedziałek, 27 lipca 2015

Update.

Witajcie!
Po miesiącach mozolnej pracy, wreszcie przyszedł czas na wakacje. A wakacje oznaczają UPDATE!
Pojawił się nowy rozdzial, więc zapraszam do czytania ;)
~Lucraise

Music Within My Heart, Honey… [8]

Gdyby wzrok mógł zabijać, połowa klientów kawiarni już dawno padłaby trupem. Paląc papierosa, za papierosem, pijąc kawę, za kawą i utwierdzając się w nienawiści do zarazy gatunku ludzkiego, rzucałem mordercze spojrzenie każdemu, kto ważył się chociażby zerknąć w moim kierunku. Myślałem.

Nigdy nie sądziłem, że za pomocą dwóch słów można diametralnie zmienić czyjeś nastawienie do życia. Dwa słowa! Prychnąłem i odpaliłem kolejną fajkę, tylko trochę współczując swoim płucom.

Nie mogłem wrócić do własnego mieszkania, które najprawdopodobniej było teraz demolowane przez pijanych artystów. Mnóstwo pijanych artystów. Nawet Paul miał ograniczone moce, zwłaszcza wobec przyjaciół Nate'a, którzy słynęli ze swojej niezwykłej siły perswazji. Przez krótką chwilę pokusa, żeby do nich dołączyć była bardzo silna. Bardzo. 

Jednak cichy głos "rozsądku" w mojej głowie, podpowiadał powszechnie znaną, nudną prawdę życiową: alkochol nie rozwiąże Twoich problemów. Kawa w sumie też nie, pomyślałem gorzko, dopijając ostatni łyk czarnego napoju.

"I'm not bitter, I said bitterly with a bitter expression"

Moje zerowe pojęcie o własnej, najwyraźniej istniejącej nadwrażliwości, irytowało jeszcze bardziej. Znałem go dopiero jakieś dwa dni. No właśnie. DWA dni. W ten oto sposób rodzą się nieporozumienia.

Już chciałem zacząć kombinować, ale... Nie. Uśmiechnąłem się, rozbawiony własną deperacją. I co z tego, że ma dziewczynę? I tak zamierzałem zrealizować swoj wcześniejszy "diabelski" plan, chociaż teraz, już tylko w połowie. 
Mało to jest facetów na świecie? Miałem za dużo godności, żeby sypiać z osobą, która była w związku. Pomijając fakt, że wczorajszy wieczór, na temat którego nadal mogłem snuć tylko domysły, zdawał się temu stanowczo i uparcie przeczyć.

Myślotok przerwało wibrowanie mojego telefonu. Wydobyłem urządzenie z kieszeni, tylko po to, żeby dowiedzieć się, że świat się o mnie upomina.

Mary-Jane
"Znalazłam cudownego kandydata na perkusistę ^^ <3 Masz czas dzisiaj wieczorem? S, M
i C. już wiedzą Emotikon grin. MJ"

Jeżeli istniało coś, co było w stanie rozwiązać moje problemy, to była to muzyka.

Andy Cole
 "Dawaj go. W Jaskini za ok. 1h? A."

Odpowiedź nadeszła niemal natychmiast.

Mary-Jane
"Ok. Zgarnę go po drodze, żeby się nie zgubił ;) MJ"

Poczułem, jak mimowolnie podnoszą się kąciki moich ust. To właśnie była cała Mary-Jane. Mogłem sobie bez trudu wyobrazić, jak wyglądała pisząc tę wiadomość.

Z białymi jak śnieg włosami, nieodłączną czerwoną bandaną, która podkreślała ich kolor i ciepłymi oczami, była niczym anioł. Należała do tych osób, które po prostu nie umieją wyglądać wrednie, czy nieprzyjaźnie, choć z zachowywaniem się w ten sposób nie miała żadnych problemów. Jednak ze względu na aparycję, nikt nie brał jej wtedy zbyt poważnie, wszyscy myśleli, że żartuje. Gdyby tylko wiedzieli...

Zapłaciłem rachunek i wyszedłem z kawiarni, zakładając ukochane aviatorki. Taksówek nie brakowało, jednak wszystkie drobne wydałem w kawiarni... Przeklęte espresso było barbarzyńsko drogie.

Chcąc, nie chcąc, byłem skazany na pieszą wycieczkę w jakże przyjemnym i relaksującym aromacie spalin. Poprawiłem torbę na ramieniu i ruszyłem w drogę, przez chwilę siłując
się z kablem od słuchawek, zanim triumfalnie wsunąłem je na głowę, na przejściu
dla pieszych [
https://youtu.be/QwlfMDBHN_M].

Szedłem równym krokiem, patrząc pod nogi i w miarę możliwości omijając ludzi. Podśpiewywałem cicho pod nosem, nie myśląc o niczym konkretnym, skupiony na słyszanej muzyce i zanim się obejrzałem, stałem przed znajomym budynkiem.

Wszedłem do środka i po omacku znalazłem kontakt, oświetlając metalowe, strome schody. Wspiąłem się na 3 piętro i otworzyłem ciężkie drzwi, wchodząc do Jaskini.

Pomieszczenie, w którym odbywały się nasze próby było... bardzo przytulne. Malownicze, możnaby rzec. Na ścianach wisiały warstwy kolorowych dywanów, mające na celu jako takie wyciszenie pokoju, a w rzeczywistości powodujące jedynie klaustrofobię, mnóstwo kontaktów i kabli, pośród których, przy odrobinie szczęścia dało się przejść nie potknąwszy się oraz narożna skórzana kanapa, koloru bliżej nieokreślonego, której czasy świetności już dawno minęły - nie bez powodu ochrzciliśmy je Jaskinią.

Pierwsze wrażenie: paskudztwo. A jednak coś w nim było. Wszyscy traktowaliśmy
je bardziej jako azyl, niż cokolwiek innego. Miejsce, w którym można się zaszyć z dala
od zgiełku miasta i ludzi, nie musieć się martwić ani uważać na każde wypowiadane słowo. 

A wystrój tylko potęgował poczucie bezpieczeństwa i izolacji od świata.

Rzuciłem klucze i torbę na rozklekotany mebel i zacząłem podłączać sprzęt. Puste miejsce, gdzie powinna stać perkusja, choć starałem się je ignorować, przyciągało mój wzrok. Przygryzłem dolną wargę... Greg. Zmarszczyłem nos, myśląc o byłym bębniarzu. Nie bałem się go, ale nie miałem ochoty go spotkać. Moje wewnętrzne poczucie estetyki zostawało nadwyrężone za każdym razem, jak go widziałem, a bardzo je sobie ceniłem.

Ponadto, nie miałem wątpliwości, że podczas konfrontacji, nie oparłby się pokusie zaatakowania mnie pięściami, a ja... cóż, nie byłem dobry w te klocki. Odgłos kroków na schodach i zbliżające się głosy wytrwały mnie z rozmyślań.

Odgłos kroków na schodach i zbliżające się dźwięki rozmowy wytrwały mnie z rozmyślań.
- Nieźle się tu urządziliście - powiedział osobnik płci zdecydowanie męskiej, ze śmiechem - Industrialnie, ale z duszą.

 - Trafiliśmy tu przez przypadek. Marco pomagał jakiemuś swojemu przyjacielowi przy naprawie instalacji elektrycznej w budynku naprzeciwko i zauważył baner "Do wynajęcia". Do dzisiaj stawia mu piwo na imprezach. - odpowiedział mu damski głos - Od razu się zakochaliśmy, więc złożyliśmy się i teraz mamy własne zacisze... Ooo! Ktoś już jest!

Odwróciłem się w stronę drzwi, akurat żeby zobaczyć przechodzące przez nie dwie postaci, z których pierwszą rozpoznałem jako Mary-Jane, natomiast druga sprawiła, że wmurowało mnie w podłogę.

Przede mną stał wysoki mężczyzna z mocno zarysowaną szczęką, ciemną karnacją i ciemno brązowymi włosami. Jego ramiona oplatały tatuaże, które, sądząc po ciemnych liniach prześwitujących przez białą koszulkę, nie były jedynymi, które miał. To wszystko
w połączeniu z zawadiackim uśmiechem sprawiało, że wyglądał niebezpiecznie... przystojnie.

Uniosłem brew i zerknąłem na Mary-Jane, która posyłała mi mordercze spojrzenia, jednocześnie nerwowo bawiąc się włosami. Olśniło mnie. Popatrzyłem na nią wymownie, "mówiąc" wzrokiem "Wiem, dlaczego przyprowadziłaś go tu całe pół godziny wcześniej, siostro".

Uniosłem brew i zerknąłem na Mary-Jane, która posyłała mi mordercze spojrzenia, jednocześnie nerwowo bawiąc się włosami. Olśniło mnie. Popatrzyłem na nią wymownie, "mówiąc" wzrokiem " *Wiem, dlaczego przyprowadziłaś go tu całe pół godziny wcześniej, Siostro* ".

- Andy... - zaczęła, jednocześnie "odpowiadając"  *Milcz, albo zamilkniesz na wieki* - To jest...

- Brad. - przerwał jej brunet, szczerząc się i wyciągając dłoń w moją stronę - Kandydat na waszego nowego perkusistę - dodał pomocnie, na brak reakcji z mojej strony.

MJ, odeszła na bok odebrać telefon, a ja wykrzywiłem usta w coś, co według mnie miało przypominać uśmiech i podałem mu rękę, bardzo starając się nie wyrwać jej z uścisku.

- Pozwolisz, że nie będę uczył się Twojego imienia, przed przesluchaniem. - To by było
na tyle, jeśli chodzi o moje zdolności interpersonalne.
O dziwo, mój odbiorca wcale się nie oburzył.

- MJ mnie przed Tobą ostrzegała, wiesz? - roześmiał się.

- Naprawdę? - mruknąłem sceptycznie, spoglądając na białowłosą, kłócącą się z kimś na linii. Fakt, że było to pytanie retoryczne, wydawał mi się oczywisty, ale Brad zdecydował się odpowiedzieć mimo wszystko.

- Tak. Wspomniała coś o sarkastycznym dupku, do którego trzeba się przekonać i który wcale nie jest taki zły. Domyślam się, że chodziło o Ciebie. - odpowiedział, zakładając ręce na piersi, a ja po raz pierwszy od dłuższego czasu szczerze się roześmiałem.

Wyzywające spojrzenie calkiem ulotniło się z orzechowych oczu i zostało zastąpione przez zaskoczenie.


- Wiesz Brad... - powiedziałem, wciąż się śmiejąc i kręcąc głową – Sądzę, że się dogadamy.

sobota, 1 listopada 2014

Comeback...!

Przepraszam za tak długą nieobecność... Natłok obowiązków i innych dziwnych rzeczy nie pozwolił mi na wcześniejszy powrót... Ale już jestem! Z nowym rozdziałem "Music..."! <3 
Nieco krótszym, ale OBIECUJĘ, że następna przerwa nie będzie już taka długa... :)
Co nowego? Chcę popracować za rozwinięciem postaci Leo, dlatego w tym rozdziale pojawia się fragment z jego punktu widzenia. Dajcie znać, co o tym myślicie i czy to kontynuować, czy dać sobie spokój i znaleźć inny sposób :D
Kocham Was wszystkich i enjoy your reading <3,
~Lucraise

Music Within My Heart, Honey… [7]

Gdy dotarłem na miejsce, wypaliwszy po drodze prawie pół paczki papierosów, jak na istotę o „stalowych” nerwach przystało, Leo już czekał. Stał oparty nonszalancko, o witrynę sklepową tuż obok kawiarni, z telefonem w ręku i lekkim uśmiechem na ustach.  Jego tors oplatała biała, lniana koszula, a nogi okrywały luźne, aczkolwiek dopasowane, jasnobrązowe spodnie. Przypomniała mi się wzmianka Nate’a o braku zainteresowania mną przyzwoitych facetów i lekko się skrzywiłem. Nie miałem ochoty się w to zagłębiać… Nie teraz.

Odgoniłem niechciane myśli i ruszyłem w jego kierunku, przywołując na twarz uśmiech numer 1. Przechodząc przez ulicę, stwierdziłem, że nie będę się powstrzymywać i dam mu namiastkę tego, kim naprawdę jestem. Zależało mi na tej znajomości. Nawet bardzo, ale wolałem uniknąć fałszywych nadziei i możliwego późniejszego rozczarowania Leo moją osobą, więc obiecałem sobie, że choćby nie wiadomo co się miało dziać, będę sobą.

Blondyn był tak zajęty, tym co robił, że nie zauważył mnie, dopóki nie stanąłem tuż przed nim i nie dotknąłem  jego ramienia. Podniósł gwałtownie głowę, lekko zdezorientowany, czego wcale nie omieszkałem się wykorzystać i pocałowałem go w policzek. Uderzył mnie niesamowity, znajomy już zapach i byłem pewien, że się już rumienię z nadmiaru wrażeń. Odsunąłem się szybko na bezpieczną odległość, żeby „nadmiar wrażeń” nie zdążył dotrzeć do niższych partii mojego ciała i spojrzałem z zadowoloną miną na obiekt moich westchnień, zastanawiając się w duchu, kiedy zacząłem go tak nazywać.

  Witaj, Nieznajomy. – powiedział ze śmiechem, pochylając się w moim kierunku i odwzajemniając pocałunek, jakby to była najzwyczajniejsza rzecz pod słońcem, po czym wskazał głową drzwi kawiarni – Wchodzimy? – spytał i nie czekając na odpowiedź, otworzył przede mną drzwi, przepuszczając mnie. Tak, zdecydowanie był zbyt idealny.

Uwielbiałem to miejsce. Było urządzone w domowy, lekki sposób, z mnóstwem kwiatów, nienachalną, cichą muzyką ( https://www.youtube.com/watch?v=PoaT6WXUV_M )                  i najlepszą kawą na świecie.

Zanim się obejrzałem, minęły prawie dwie godziny. Dwie godziny rozmawiania o muzyce, literaturze i najróżniejszych błahostkach. Dwie godziny poznawania terenu i flirtowania. Dwie godziny oswajania złotookiego z moim sarkazmem i cynizmem, na które o dziwo zareagował pozytywnie, z szerokim uśmiechem, jakby właśnie tego się spodziewał, co z kolei spowodowało u mnie jeszcze większą zajadłość. Dwie godziny i trzy kawałki ciasta… Bogowie pomóżcie.  

Jednak przez ten cały czas, nie mogłem nie zauważyć, że blondyn był nieco spięty i co chwilę rzucał mi badawcze, niepewne spojrzenie. Miałem nieprzyjemne wrażenie, że dotyczy to minionej nocy, której oczywiście, mimo rozpaczliwych prób, nadal nie mogłem sobie przypomnieć, co z kolei odesłało mnie z powrotem do ssania w żołądku, z którym się obudziłem, a które miało niewiele wspólnego z alkoholem i do sms’a bez emotikon. Przez to wszystko znowu zacząłem się zastanawiać, co takiego się wydarzyło.

Wciąż uważnie słuchając, tego o czym mówił, przyjrzałem mu się, skrupulatnie uwzględniając każdy szczegół, w nadziei, że coś go zdradzi. Od podekscytowania, ewidentnie widocznego w jego miodowych oczach i ciepłego barytonu, który wydobywał się z jego ust, a którego mógłbym słuchać non stop, do sposobu w jaki światło słoneczne tworzyło refleksy w jego włosach, uwydatniając ich kolor, podobnie jak na tym zdjęciu z plaży, które wczoraj widziałem i na którym prawie nic na sobie nie miał i… Aaaaaa… O czym to ja...? A, tak, wczorajszy wieczór.  

Pokiwałem głową i mruknąłem, żeby zapewnić mojego rozmówcę, że go słucham i wróciłem do rozmyślań. Podniosłem filiżankę do ust i znów uchwyciłem jego badawcze spojrzenie, upewniając się, że on na pewno pamięta całe zajście. Czego nie natomiast nie byłem pewien, to tego, czy ja chcę się dowiedzieć. Znając mnie, mogło zdarzyć się wszystko. Dosłownie. Wszystko. Właśnie dlatego nie interesowali się mną przyzwoici faceci.

Wsparłem głowę na dłoni i wróciłem do przyglądania się Leo. Wcale niezauważalnie badałem wzrokiem kształt jego oczu, nosa, ust, linię szczęki i kształt ramion, podziwiając proporcje. Włączył mi się tryb artystyczny. Już nawet nie ukrywałem tego, że nie zwracam uwagi na to, co do mnie mówił, a w mojej głowie utworzył się pewien pomysł. Postanowiłem zaryzykować.

–  Leo. –  przerwałem mu bezceremonialnie – Mam… Chciałbym ci coś zaproponować. –  dokończyłem z lekkim uśmiechem, spoglądając mu w oczy. Wyglądał na zaskoczonego  i skonfundowanego, ale również zakłopotanego. Już chciałem otworzyć usta i zapoznać go z moim planem, kiedy się odezwał.
- Andy… Ja… - odchrząknął. Ewidentnie czuł się nieswojo. – Cokolwiek… - wyprostował się na krześle, widocznie obmyślając dalszą część zdania. W końcu zdecydował się na najkrótszą wersję z możliwych. – Mam dziewczynę.
***
Tak, powiedziałem to. I natychmiast pożałowałem. Mężczyzna siedzący naprzeciwko mnie zamarł w bezruchu, wpatrując się we mnie z szeroko otartymi oczami. Miałem ochotę go objąć, zapewnić, że to bez znaczenia, ale… skłamałbym.

Odkąd tylko go poznałem, mój świat wywrócił się do góry nogami, niemal w każdym aspekcie. I nie chodziło tylko o to, że w życiu bym siebie nie podejrzewał o zainteresowanie tą samą płcią, czy kimś tak dysfunkcyjnym jak Andy.  Zmieniłem się ja… jako ja. Jako osoba. Diametralnie.

Nie byłem pewien, co mam robić. Od dwóch lat byłem w dotychczas szczęśliwym związku z Lily, a w zeszłym tygodniu oglądałem nawet obrączki. Tak, chciałem się oświadczyć. Student  architektury i studentka medycyny - według naszych znajomych tworzyliśmy idealną parę.  Jeszcze dwa dni temu sam tak uważałem, jednak teraz całą moją uwagę zajmował pewien Ktoś. A po wydarzeniach z zeszłej nocy, zajmował nie tylko „uwagę”. Do moich uszu dotarły słowa puszczanego teraz utworu (https://www.youtube.com/watch?v=DF0zefuJ4Ys ) i sarknąłem w duchu.

Moją uwagę przykuł ruch po drugiej stronie stolika. Granatowłosy założył ręce na piersi i spojrzał na mnie oskarżycielsko, z pełnymi ustami zaciśniętymi teraz w cienką kreskę.
- Powinienem ci teraz strzelić w pysk. – powiedział po chwili, a ja, chcąc, nie chcąc, musiałem się z nim zgodzić. – I wyjść. – dodał, przechylając na bok głowę. – Ale za bardzo smakuje mi ta kawa, żeby ją zostawić niedopitą. – jakby na świadectwo własnych słów upił łyk i oblizał usta, zdecydowanie nadwyrężając moją samokontrolę. – Ale to nie o tym chciałem rozmawiać. I nie „TO” ci chciałem zaproponować. – kontynuował jak gdyby nigdy nic, odzyskując dawny rezon i spoglądając na mnie niczym rodzic, który przyłapał dziecko na trzymaniu wiadomych gazetek pod łóżkiem. Nie mogłem, wyjść z podziwu dla jego umiejętności aktorskich, jednocześnie samemu niezbyt wiedząc, co powiedzieć.

- Nie? – spytałem, lustrując go wzrokiem. – Musisz wybaczyć mojemu egu. – mrugnąłem, wywołując u niego śmiech. Tylko w części wystudiowany.

- Rozważę to. – lakoniczna wypowiedź w połączeniu z przeszywającym spojrzeniem, była niczym strzał. Czułem się, jakby zaglądał mi w duszę, dokładnie analizując wszystko, co zobaczył. – Tymczasem pozwól, że wybawię cię od domysłów.

wtorek, 29 lipca 2014

Dygresje...


Piszę właśnie 7 rozdział 'Music...' i muszę Wam powiedzieć, że sama nie spodziewałam się takiego obrotu wydarzeń. Jedyne co mi przychodzi na myśl, to ten obrazek:
~Lucraise

poniedziałek, 28 lipca 2014

Jak burza, mkniemy!

Na specjalne prośby, Gwiazdka przyszła wcześniej!
Panie i Panowie, zapraszamy na kolejny rozdział "Music..."
Zarazem przedstawiamy kolejną adminkę, a zarazem główną ilustratorkę 'Sweet Life of Mine', bez której pomocy 6 rozdział by nie powstał, w żadnym razie: Sheideline!
Miłego czytania <3
~Lucraise i Sheideline
P.S. Nikt się nie obrazi, jak pozostawicie po sobie ślad ;) <3

Music Within My Heart, Honey... [6]

[6]


Czułem się jak wrak. Tępy ból głowy nie dawał mi spokoju, a wszechogarniająca jasność w nieprzyjemny sposób sprowadzała do rzeczywistości. Mojego samopoczucia nie poprawiał fakt, że nic nie pamiętałem. Wydarzenia z poprzedniego wieczoru wydawały się być nieodgadnioną tajemnicą, jednak dziwne ssanie w żołądku, spowodowane nie tylko zbyt dużą ilością wypitego alkoholu, świadczyło o tym, że moje zachowanie wymknęło się spod kontroli.
Otworzyłem oczy i z ulgą zarejestrowałem fakt, że znajdowałem się we własnym mieszkaniu. Usiadłem na łóżku, przeczesałem dłonią włosy i zacząłem rozmasowywać skronie, w nadziei, że ból minie. Ni cholery nie pomogło. Z ciężkim westchnieniem zsunąłem się z łóżka i powlokłem do łazienki.

Szedłem, ostrożnie stawiając kroki. Wiedziałem, że jeżeli się przewrócę, to zostanę na podłodze, dopóki kac mi nie minie albo ktoś mnie nie odwiedzi, a nic nie wskazywało na nastąpienie żadnego z wariantów w najbliższej przyszłości.

W drodze pod upragniony prysznic wziąłem swój ulubiony fiołkowy, kaszmirowy szlafrok, włączyłem odtwarzacz ( https://www.youtube.com/watchv=jbg738Mjoe8&feature=youtube_gdata_player ) i zaparzyłem kawę, przy okazji rozkoszując się aromatem wydobywającym się z kubka, a moje ciało wpadało w euforyczny stan, przeczuwając nieodległe w czasie strumienie ciepłej wody.

Rozebrałem się do naga i z satysfakcją spojrzałem w lustro… przesunąłem po sobie wzrokiem z niekrytym podziwem, lecz całe zadowolenie prysło, gdy spojrzałem na swoją twarz. Przekrwione białka, cienie pod oczami i rozmazany makijaż ewidentnie wskazywały na mocno zakrapianą imprezę i nie tworzyły razem ideału piękna. Wyglądałem jak borsuk. Szybko zakropliłem oczy z nadzieją, że do 15. pozbędę się „efektu królika” i nie będę straszył ludzi. A przynajmniej nie bardziej niż zwykle. Wyjąłem kolczyk z języka i niecierpliwymi ruchami umyłem zęby, nie skracając wyznaczonego czasu – 6 minut – ani o sekundę.

Gdy już wreszcie znalazłem się w kabinie i gorąca woda zaczęła delikatnie pieścić moją skórę, całe wyczerpanie wydawało się mnie opuścić. Z lubością oddawałem się wszystkim znanym rytuałom, pozwalając myślom płynąć w nieznane. Dryfowałem w przestrzeni, kierowany tylko przez szum i stukot kropel o kafelki. Mógłbym tak trwać w nieskończoność, ale woda stopniowo zmniejszała swoją temperaturę.

Wyszedłem i powoli wciągnąłem do płuc zimne powietrze. Z westchnieniem przysiadłem na pralce owijając się kaszmirem i zacząłem suszyć włosy, wciąż lekko otumaniony.

Znów zaczynałem odpływać, kiedy przez huczenie suszarki, do moich uszu dotarł dziwny dźwięk. Chwilę zajęło mi zorientowanie się, że to dzwonek mojego telefonu, a następną chwilę zlokalizowanie go w gabinecie. Zanim do niego dotarłem już dawno przestał dzwonić. Spojrzałem na wyświetlacz, a moje tętno zatrzymało się i ruszyło ze zdwojoną siłą.

Nazwisko, które na nim widniało wywoływało we mnie wiele sprzecznych emocji, czułem jak niewidzialny węzeł zaciska się na moich wnętrznościach, a całe ciało ogarnia euforia. Wpatrywałem się w ekran jak zahipnotyzowany, kiedy przyszła wiadomość od tej samej osoby.

Leo Silver
„Kawa nadal aktualna? L.”


Przygryzłem dolną wargę, zaniepokojony brakiem jakiegokolwiek pieszczotliwego wstępu i emotikon. Tłumaczenie, że przecież nie jesteśmy razem, że to nic nie znaczy, że może po prostu się spieszył, że w sumie to dlaczego miałbym się tym przejmować, nic nie dawało. Jak na osobę o wybujałym ego i wysokim poczuciu własnej wartości przystało, poczułem się urażony. Jakaś moja część, którą starałem się ignorować, domagała się wymierzenia sprawiedliwości w terminie natychmiastowym.

Żeby zamknąć drogę impulsywnym zachowaniom wszelkiej maści, szybko wysłałem oschłego, lakonicznego ale potwierdzającego sms’a i od razu tego pożałowałem. Jak tak dalej pójdzie, to guzik wyjdzie ten nasz związek. Z westchnieniem usiadłem na obrotowym krzesełku, zakładając wilgotne włosy za ucho i drżącymi dłońmi wyjąłem z awaryjnej paczki papierosa. Chłodne powietrze owinęło się wokół mojego ciała, gdy poły szlafroka się rozsunęły. Bardziej niż kiedykolwiek potrzebowałem kawy, ale ta była w kuchni na blacie, a utrzymywanie się na własnych nogach, było teraz ponad moje siły.

Korzystając z okazji włączyłem komputer, żeby zająć czymś niespokojne myśli. Ze wszystkich sił starałem się uspokoić. Najlepszym sposobem okazało się obmyślanie stroju. Układałem w głowie miliony zestawów, bezmyślnie przeglądając tablicę na facebook’u, ale żaden z nich nie wydawał mi się wystarczająco dobry.

Gdy moja irytacja i poczucie beznadziejności sięgnęły zenitu, zrezygnowany spojrzałem na zegarek. Była 11, co oznaczało, że do spotkania z Leo zostały 4 godziny, a dzisiejsze zajęcia na uczelni dobiegły końca. Podjąłem krok ostateczny i zadzwoniłem do osoby, która jako jedyna miała prawie identyczne poczucie stylu jak ja. Uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy… zapowiedź odwiedzin tego człowieka, niosła ze sobą obietnicę, której już nie mogłem się doczekać. Udałem się do kuchni, żeby wypić, niestety już zimną kawę i zapalić jeszcze jednego papierosa.
Dym wypełnił moje płuca, lekko drapiąc w gardło i rozluźniając mięśnie.

Przymknąłem oczy, delektując się tym uczuciem. Próbowałem przestać palić, niezliczoną ilość razy, ale każda moja próba, kończyła się fiaskiem. Zbyt mocno uwielbiałem szelest towarzyszący otwieraniu nowej paczki i zaciąganie się, by zrezygnować.

Nie minęło pół godziny, a Paul zaanonsował przybycie mojego gościa. Przeczesałem dłonią włosy i nawet nie zadając sobie trudu, żeby zawiązać szlafrok, otworzyłem drzwi.
Na progu stał Nathaniel Ambre… łączyły nas przedziwne stosunki. Chodziliśmy razem do jednej grupy na ASP i od pierwszego dnia trzymaliśmy się razem. Wytworzyło się między nami coś na kształt przyjaźni, ale bardzo różniącej się od więzi z Claire i Marco. Oboje byliśmy artystami z wrażliwymi duszami. Uwielbialiśmy toczyć długie dyskusje dotyczące sztuki. Potem zaczęliśmy się sobie zwierzać, a od kilku miesięcy do naszych relacji wkradły się erotyka i wzajemne pożądanie, nie mające nic wspólnego z romantyzmem.

Żaden z nas nie potrafił powiedzieć, co nas do siebie przyciągało. Być może chodziło o podobne postrzeganie rzeczywistości i odbieranie świata. Byliśmy identyczni, choć zupełnie różni. Jak yin i yang.

Nate, tak samo jak ja był cyniczny, czasami nawet perfidnie złośliwy ale w przeciwieństwie do mnie, chętnie pomagał ludziom, do których szybko się przywiązywał i wiecznie się uśmiechał, choć posiadał swoją mroczną stronę. Był bardzo wrażliwy, choć rzadko to okazywał, jednak, gdy ktoś mocno go zranił, dawał upust swoim emocjom i łzom, podczas kiedy ja chowałem się za ścianą sarkazmu i gniewu.

Stał teraz w drzwiach, ubrany w czarne rurki, skórzane brązowe oficerki, pomarańczową koszulkę z fałdowanym dekoltem i krótkimi rękawami, która delikatnie opływała jego umięśniony tors oraz czarną, długą kamizelkę. Na jego nadgarstku oprócz zwykłego zestawu bransoletek, zauważyłem ciemną bandanę. Jego roztrzepana, kruczoczarna czupryna, sięgała przed ramiona, a duże, miodowe oczy wspaniale współgrały z zawadiackim uśmiechem na ustach, patrząc na mnie z uznaniem.

Pocałował mnie delikatnie w policzek, obejmując ramieniem.
- Andy, skarbie, co się stało? – spytał lekkim głosem, patrząc mi prosto w oczy. Podniosłem wzrok i pod wpływem impulsu złączyłem nasze usta, wciągając jego zapach. Moje ciało od kilku dni domagało się atencji, a nie lubiłem sam się zaspokajać. Potrzebowałem bliskości i dotyku drugiej osoby. Kogoś, kogo znałem, a Nate był najbliżej.


Wydawał się być zaskoczony, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że miał nadzieję na taki obrót wydarzeń. Zamknął drzwi, nie przerywając kontaktu i dotknął językiem mojej dolnej wargi.
Rozchyliłem usta, pogłębiając pocałunek i przysuwając się bliżej. Moje podniecenie rosło z każdą sekundą, zmuszając mnie do sięgania po więcej. Z niecierpliwością przylgnąłem do niego i zacząłem masować jego kark, za co zostałem nagrodzony głębokim pomrukiem.

Nate wplótł palce jednej dłoni w moje włosy, zmieniając pocałunek w bardziej drapieżny i przesycony pożądaniem, a drugą ręką dotknął mojego sutka, pieszcząc go.
Wzdłuż kręgosłupa przeszedł mi dreszcz, a mój członek drgnął. Oderwałem się na chwilę od jego ust, tylko po to, żeby pozbyć się jego ubrań, a on zsunął zdecydowanym ruchem kaszmir z moich barków. Podniósł mnie szybko z podłogi, a mój jęk zaskoczenia, zmieszał się z tym rozkoszy, gdy nasze skóry zetknęły się, nieograniczane przez żaden materiał. Zaprowadził mnie do sypialni i popchnął na łóżko, a sam stanął przede mną obserwując.

Leżałem z szeroko rozłożonymi nogami, całkowicie wyeksponowany, ciężko oddychając. Drżałem w oczekiwaniu na jego następny ruch, na dotyk. Delikatnie przesunął językiem, znacząc moją skórę od wnętrza ud, starannie omijając mojego penisa, aż do szyi. Zahaczył o moje sutki, wyrywając z mojego gardła cichy jęk.

Naparł na mnie całym swoim ciężarem, liżąc, ssąc i podgryzając bladoróżową skórę.

Pozwoliłem mu się prowadzić, byłem w stanie tylko ciężko oddychać i poruszać biodrami, starając się ocierać ciałem o ciało, gdy mnie pieścił.
Przesunął usta na wrażliwą skórę szyi, składając na niej pocałunki i tworząc malinki. Jakaś część mnie, która pozostała trzeźwa, wytknęła mi bierność, więc ostatkiem woli wsunąłem dłoń pomiędzy nasze ciała i złączyłem penisy.

Krzyknąłem, odchylając głowę do tyłu i szepcząc imię kochanka pomiędzy jękami. Nate wydał z siebie gardłowy odgłos i odsunął się lekko, patrząc mi prosto w oczy. Uszczypnął mnie w sutki i zamienił moją rękę na swoją, stymulując nas o wiele intensywniej.

Wszystkie mięśnie drżały konwulsyjnie, gdy zbliżałem się do orgazmu. Przestałem nad sobą panować, gdy brązowooki zaczął natarczywie pieścić moją żołądź. Zamarłem w bezruchu, milisekundę przed tym, jak doszedłem, a przed oczami zobaczyłem pewnego blondyna, ze złotymi oczami. Leo. Leo. Leo. Leo. Jego imię dźwięczało mi w uszach, czułem je na języku i w duszy. Przeprowadziło mnie przez otchłań rozkoszy, w której się nagle znalazłem. Całe moje jestestwo przeżywało swego rodzaju trzęsienie ziemi, które mogłoby trwać wiecznie.

Kiedy już zaczęło mi się rozjaśniać przed oczami, powoli wyrównywał mi się oddech, a zdolność logicznego myślenia dała o sobie znać, zorientowałem się, że nawet nie wiem czy i kiedy doszedł Nate.

Opanowując w pewnym stopniu, wciąż drżące ciało, odwróciłem się na bok i napotkałem rozbawiony i wycieńczony wzrok kochanka.
Przeturlałem się w jego stronę i objąłem ramionami, a mojej uwadze nie uszedł podstępny uśmieszek, który po chwili uświadomił mi jedną rzecz – imię mojego obiektu westchnień zostało przeze mnie zwerbalizowane. Nawet dość dobitnie. I sądząc po moim zachrypniętym 
gardle – całkiem głośno.
Sarknąłem i ukryłem twarz w ramieniu ewidentnie rozbawionego Nate’a, wyrzucając sobie głupotę i złorzecząc, na czym świat stoi.
Poza lekkimi przytykami pod moim adresem i podchodami, szatyn zdawał się bagatelizować całe wydarzenie. Wreszcie po kilkunastu minutach nie wytrzymał i łaskotaniem „wymusił” na mnie zeznania.

Z radością i entuzjazmem, o jaki nigdy w życiu bym się nie podejrzewał, rozpocząłem swój wywód, tak jak wczoraj, gdy zdawałem relację Claire.
Nate był świetnym słuchaczem. Potakiwał głową, wtedy, kiedy trzeba, wydawał z siebie pomruki mające na celu zapewnienie mówiącego, o zaangażowaniu w opowiadaną historię, ale na jego nieszczęście, byłem dobrym obserwatorem.

Zauważyłem, że posmutniał tuż po tym jak wspomniałem o obrazie i niemalże wpadł w panikę na słowo „profesor”, a rękę, na której wcześniej miał zawiązaną bandanę, stara się ukryć, jednak dla jego komfortu udawałem, że niczego nie widzę. Dokończyłem swoją opowieść, finalizując ją błaganiem o pomoc w doborze ubrań, które nieco poprawiło mu humor. Bardziej niż chętnie zaczął się ogarniać i ruszył w stronę garderoby.

Już prawie kończyłem nakładać makijaż, kiedy Nate się zapomniał i dłonią, którą wcześniej chował odgarnął włosy z czoła, a ja zauważyłem świeże zaczerwienienia na jego nadgarstku, zbyt regularne na ślady po kocich pazurach.

Pod wpływem impulsu zerwałem się z krzesła i znalazłem się przy nim w ciągu niecałej sekundy, przytrzymując i unieruchamiając jego rękę z wymownym spojrzeniem. Zacisnął powieki i przygryzł dolną wargę, pochylając nieco głowę.
- Nathaniel… czy na pewno wszystko w porządku? – powiedziałem delikatnie, najcieplejszym głosem, jaki mogłem z siebie wydobyć, obejmując go.

Zadrżał i uniósł podbródek, patrząc na mnie szklistymi oczami. Rozchylił usta, jakby chciał coś powiedzieć, jednak zamiast słów, wydobył się z nich szloch. Przylgnął do mnie roztrzęsiony, a ja sobie obiecałem, że ktokolwiek go doprowadził do tego stanu, odpowie za to.
Gdy uspokoił się na tyle, że mógł składać zdania, dowiedziałem się wszystkiego.

Od kilku tygodni, znienawidzony przez wszystkich Frederick Hammond, jeden z wykładowców na naszej uczelni, był stałym bywalcem gejowskiego strip clubu, w którym Nate dorabiał jako tancerz go-go. Jakby tego było mało, facet zaczął go prześladować i zatrzymywać po zajęciach, robiąc insynuacje i szantażować chłopaka ujawnieniem jego tajemnicy, zmuszając do różnych rzeczy. Kiedy na moją prośbę, wymamrotał sprecyzowanie „różnych rzeczy” moja wściekłość osiągnęła stan najwyższy.


Pieprzony zboczeniec próbował wykorzystać mojego przyjaciela. Decyzję podjąłem natychmiast. Zdecydowanym ruchem chwyciłem telefon i zacząłem wybierać numer.
- Gdzie dzwonisz? – spytał zaskoczonym i wciąż roztrzęsionym tonem.
- Odwołać spotkanie. – powiedziałem szybko – Nie ma mowy, żebym zostawił cię 
samego. – spojrzałem mu w oczy – Nie w takim stanie.
- Nie! – wrzasnął i wyrwał mi komórkę z ręki, natychmiast anulując połączenie – Pod żadnym pozorem tu ze mną nie zostaniesz!
- Co? – furia szatyna była oszałamiająca – O czym ty do cholery mówisz?
- Nie chcę, żeby przez moje problemy ominęła cię szansa twojego życia – spojrzał na mnie spode łba, łypiąc groźnie.
- Dramatyzujesz. – stwierdziłem stanowczo – To tylko spotkanie… Nic się nie stanie.
- Nie żartuj – prychnął Nate – To nie jest „tylko spotkanie” – przedrzeźnił mój wcześniejszy 
ton – To jest r a n d k a – powiedział z naciskiem – W dodatku z przyzwoitym facetem, a to nie zdarza ci się zbyt często…
- Nie ma mowy, żebym zostawił przyjaciela na rzecz randki! Nawet z przyzwoitym 
facetem! – dodałem szybko, widząc, że znowu otwiera usta.
- Daj spokój… – spojrzał na mnie z politowaniem – Tobą nie interesują się przyzwoici faceci… drugi raz szybko to się nie zdarzy.
- Nie cierpię cię. – wysyczałem w odpowiedzi na tę jawną złośliwość.
- Wiem, kochanie – odparł ze śmiechem, jednak zaraz spoważniał – Nie martw się. Pójdę do Shad. Nic mi nie będzie – popatrzył na mnie nieśmiało – To jak?
- Nie będziesz nigdzie łaził – odparłem ostrym tonem, nie ustępując. 

Po kilkunastu minutach, zgodziłem się, aczkolwiek niechętnie, na kompromis. Pójdę na spotkanie z Leo, jak chciał Nate, jeśli on nie ruszy się na krok z mojego mieszkania i zadzwoni po swoich przyjaciół, żeby nie był sam. Uzgodniliśmy warunki porozumienia, a mnie zakłuło coś w sercu, kiedy zobaczyłem, jak bardzo kruczowłosy cieszy się moim szczęściem, nawet gdy jego świat się wali z hukiem.

Dałem się zaciągnąć do garderoby i przed lustro, aby mój doradca mógł wprowadzić ostateczne zmiany i poprawić wszelkie niedociągnięcia.

Jak już się upewniłem, że zadzwonił po wsparcie, niemalże wypchnął mnie za drzwi i z dwuznacznym uśmiechem życzył mi powodzenia, zatrzaskując drzwi.


W holu dałem instrukcje Paul’owi i wyszedłem, podejmując wyzwanie w towarzystwie żarzącego się papierosa.