[6]
Czułem się jak wrak.
Tępy ból głowy nie dawał mi spokoju, a wszechogarniająca jasność w nieprzyjemny
sposób sprowadzała do rzeczywistości. Mojego samopoczucia nie poprawiał
fakt, że nic nie pamiętałem. Wydarzenia z poprzedniego wieczoru wydawały się
być nieodgadnioną tajemnicą, jednak dziwne ssanie w żołądku, spowodowane nie
tylko zbyt dużą ilością wypitego alkoholu, świadczyło o tym, że moje zachowanie
wymknęło się spod kontroli.
Otworzyłem oczy i z ulgą zarejestrowałem fakt, że
znajdowałem się we własnym mieszkaniu. Usiadłem na łóżku, przeczesałem dłonią
włosy i zacząłem rozmasowywać skronie, w nadziei, że ból minie. Ni cholery nie
pomogło. Z ciężkim westchnieniem zsunąłem się z łóżka i powlokłem do łazienki.
Szedłem, ostrożnie stawiając kroki. Wiedziałem, że
jeżeli się przewrócę, to zostanę na podłodze, dopóki kac mi nie minie albo ktoś
mnie nie odwiedzi, a nic nie wskazywało na nastąpienie żadnego z wariantów w
najbliższej przyszłości.
W drodze pod upragniony prysznic wziąłem swój ulubiony
fiołkowy, kaszmirowy szlafrok, włączyłem odtwarzacz ( https://www.youtube.com/watchv=jbg738Mjoe8&feature=youtube_gdata_player ) i zaparzyłem kawę, przy okazji rozkoszując się aromatem
wydobywającym się z kubka, a moje ciało wpadało w euforyczny stan, przeczuwając
nieodległe w czasie strumienie ciepłej wody.
Rozebrałem się do naga i z satysfakcją spojrzałem w
lustro… przesunąłem po sobie wzrokiem z niekrytym podziwem, lecz całe
zadowolenie prysło, gdy spojrzałem na swoją twarz. Przekrwione białka, cienie
pod oczami i rozmazany makijaż ewidentnie wskazywały na mocno zakrapianą
imprezę i nie tworzyły razem ideału piękna. Wyglądałem jak borsuk. Szybko
zakropliłem oczy z nadzieją, że do 15. pozbędę się „efektu królika” i nie będę
straszył ludzi. A przynajmniej nie bardziej niż zwykle. Wyjąłem kolczyk z
języka i niecierpliwymi ruchami umyłem zęby, nie skracając wyznaczonego czasu –
6 minut – ani o sekundę.
Gdy już wreszcie znalazłem się w kabinie i gorąca woda
zaczęła delikatnie pieścić moją skórę, całe wyczerpanie wydawało się mnie
opuścić. Z lubością oddawałem się wszystkim znanym rytuałom, pozwalając myślom
płynąć w nieznane. Dryfowałem w przestrzeni, kierowany tylko przez szum i
stukot kropel o kafelki. Mógłbym tak trwać w nieskończoność, ale woda
stopniowo zmniejszała swoją temperaturę.
Wyszedłem i powoli wciągnąłem do płuc zimne powietrze. Z westchnieniem
przysiadłem na pralce owijając się kaszmirem i zacząłem suszyć włosy, wciąż
lekko otumaniony.
Znów zaczynałem odpływać, kiedy przez huczenie
suszarki, do moich uszu dotarł dziwny dźwięk. Chwilę zajęło mi zorientowanie
się, że to dzwonek mojego telefonu, a następną chwilę zlokalizowanie go w
gabinecie. Zanim do niego dotarłem już dawno przestał dzwonić. Spojrzałem na
wyświetlacz, a moje tętno zatrzymało się i ruszyło ze zdwojoną siłą.
Nazwisko, które na nim widniało wywoływało we mnie
wiele sprzecznych emocji, czułem jak niewidzialny węzeł zaciska się na moich
wnętrznościach, a całe ciało ogarnia euforia. Wpatrywałem się w ekran jak
zahipnotyzowany, kiedy przyszła wiadomość od tej samej osoby.
Leo Silver
„Kawa nadal aktualna? L.”
Przygryzłem dolną wargę, zaniepokojony brakiem
jakiegokolwiek pieszczotliwego wstępu i emotikon. Tłumaczenie, że przecież
nie jesteśmy razem, że to nic nie znaczy, że może po prostu się spieszył, że w
sumie to dlaczego miałbym się tym przejmować, nic nie dawało. Jak na osobę o
wybujałym ego i wysokim poczuciu własnej wartości przystało, poczułem się
urażony. Jakaś moja część, którą starałem się ignorować, domagała się
wymierzenia sprawiedliwości w terminie natychmiastowym.
Żeby zamknąć drogę impulsywnym zachowaniom wszelkiej
maści, szybko wysłałem oschłego, lakonicznego ale potwierdzającego sms’a i od
razu tego pożałowałem. Jak tak dalej pójdzie, to guzik wyjdzie ten nasz
związek. Z westchnieniem usiadłem na obrotowym krzesełku, zakładając wilgotne
włosy za ucho i drżącymi dłońmi wyjąłem z awaryjnej paczki papierosa. Chłodne
powietrze owinęło się wokół mojego ciała, gdy poły szlafroka się rozsunęły.
Bardziej niż kiedykolwiek potrzebowałem kawy, ale ta była w kuchni na blacie, a
utrzymywanie się na własnych nogach, było teraz ponad moje siły.
Korzystając z okazji włączyłem komputer, żeby zająć
czymś niespokojne myśli. Ze wszystkich sił starałem się uspokoić. Najlepszym
sposobem okazało się obmyślanie stroju. Układałem w głowie miliony zestawów,
bezmyślnie przeglądając tablicę na facebook’u, ale żaden z nich nie wydawał mi
się wystarczająco dobry.
Gdy moja irytacja i poczucie
beznadziejności sięgnęły zenitu, zrezygnowany spojrzałem na zegarek. Była
11, co oznaczało, że do spotkania z Leo zostały 4 godziny, a dzisiejsze zajęcia
na uczelni dobiegły końca. Podjąłem krok ostateczny i zadzwoniłem do osoby,
która jako jedyna miała prawie identyczne poczucie stylu jak ja. Uśmiech
sam pojawił się na mojej twarzy… zapowiedź odwiedzin tego człowieka, niosła ze
sobą obietnicę, której już nie mogłem się doczekać. Udałem się do kuchni, żeby
wypić, niestety już zimną kawę i zapalić jeszcze jednego papierosa.
Dym wypełnił moje płuca, lekko drapiąc w gardło i
rozluźniając mięśnie.
Przymknąłem oczy, delektując się tym uczuciem.
Próbowałem przestać palić, niezliczoną ilość razy, ale każda moja próba,
kończyła się fiaskiem. Zbyt mocno uwielbiałem szelest towarzyszący otwieraniu
nowej paczki i zaciąganie się, by zrezygnować.
Nie minęło pół godziny, a Paul zaanonsował przybycie
mojego gościa. Przeczesałem dłonią włosy i nawet nie zadając sobie trudu, żeby
zawiązać szlafrok, otworzyłem drzwi.
Na progu stał Nathaniel Ambre… łączyły nas przedziwne
stosunki. Chodziliśmy razem do jednej grupy na ASP i od pierwszego dnia
trzymaliśmy się razem. Wytworzyło się między nami coś na kształt przyjaźni, ale
bardzo różniącej się od więzi z Claire i Marco. Oboje byliśmy artystami z
wrażliwymi duszami. Uwielbialiśmy toczyć długie dyskusje dotyczące sztuki.
Potem zaczęliśmy się sobie zwierzać, a od kilku miesięcy do naszych relacji
wkradły się erotyka i wzajemne pożądanie, nie mające nic wspólnego z
romantyzmem.
Żaden z nas nie potrafił powiedzieć, co nas do siebie
przyciągało. Być może chodziło o podobne postrzeganie rzeczywistości i
odbieranie świata. Byliśmy identyczni, choć zupełnie różni. Jak yin i yang.
Nate, tak samo jak ja był cyniczny, czasami nawet
perfidnie złośliwy ale w przeciwieństwie do mnie, chętnie pomagał ludziom, do
których szybko się przywiązywał i wiecznie się uśmiechał, choć posiadał swoją
mroczną stronę. Był bardzo wrażliwy, choć rzadko to okazywał, jednak, gdy ktoś mocno
go zranił, dawał upust swoim emocjom i łzom, podczas kiedy ja chowałem się za
ścianą sarkazmu i gniewu.
Stał teraz w drzwiach, ubrany w czarne rurki, skórzane
brązowe oficerki, pomarańczową koszulkę z fałdowanym dekoltem i krótkimi
rękawami, która delikatnie opływała jego umięśniony tors oraz czarną, długą
kamizelkę. Na jego nadgarstku oprócz zwykłego zestawu bransoletek, zauważyłem ciemną
bandanę. Jego roztrzepana, kruczoczarna czupryna, sięgała przed ramiona, a
duże, miodowe oczy wspaniale współgrały z zawadiackim uśmiechem na ustach,
patrząc na mnie z uznaniem.
Pocałował mnie delikatnie w policzek, obejmując
ramieniem.
- Andy, skarbie, co się stało? – spytał lekkim głosem, patrząc mi prosto w
oczy. Podniosłem wzrok i pod wpływem impulsu złączyłem nasze usta, wciągając
jego zapach. Moje ciało od kilku dni domagało się atencji, a nie lubiłem sam
się zaspokajać. Potrzebowałem bliskości i dotyku drugiej osoby. Kogoś, kogo
znałem, a Nate był najbliżej.
Wydawał się być zaskoczony, ale nie mogłem oprzeć się
wrażeniu, że miał nadzieję na taki obrót wydarzeń. Zamknął drzwi, nie
przerywając kontaktu i dotknął językiem mojej dolnej wargi.
Rozchyliłem usta, pogłębiając pocałunek i przysuwając
się bliżej. Moje podniecenie rosło z każdą sekundą, zmuszając mnie do sięgania
po więcej. Z niecierpliwością przylgnąłem do niego i zacząłem masować jego
kark, za co zostałem nagrodzony głębokim pomrukiem.
Nate wplótł palce jednej dłoni w moje włosy,
zmieniając pocałunek w bardziej drapieżny i przesycony pożądaniem, a drugą ręką
dotknął mojego sutka, pieszcząc go.
Wzdłuż kręgosłupa przeszedł mi dreszcz, a mój członek
drgnął. Oderwałem się na chwilę od jego ust, tylko po to, żeby pozbyć się jego
ubrań, a on zsunął zdecydowanym ruchem kaszmir z moich barków. Podniósł mnie
szybko z podłogi, a mój jęk zaskoczenia, zmieszał się z tym rozkoszy, gdy nasze
skóry zetknęły się, nieograniczane przez żaden materiał. Zaprowadził mnie do
sypialni i popchnął na łóżko, a sam stanął przede mną obserwując.
Leżałem z szeroko rozłożonymi nogami, całkowicie
wyeksponowany, ciężko oddychając. Drżałem w oczekiwaniu na jego następny ruch,
na dotyk. Delikatnie przesunął językiem, znacząc moją skórę od wnętrza ud,
starannie omijając mojego penisa, aż do szyi. Zahaczył o moje sutki, wyrywając
z mojego gardła cichy jęk.
Naparł na mnie całym swoim ciężarem, liżąc, ssąc i podgryzając bladoróżową
skórę.
Pozwoliłem mu się prowadzić, byłem w stanie tylko
ciężko oddychać i poruszać biodrami, starając się ocierać ciałem o ciało, gdy
mnie pieścił.
Przesunął usta na wrażliwą skórę szyi, składając na
niej pocałunki i tworząc malinki. Jakaś część mnie, która pozostała trzeźwa,
wytknęła mi bierność, więc ostatkiem woli wsunąłem dłoń pomiędzy nasze ciała i
złączyłem penisy.
Krzyknąłem, odchylając głowę do tyłu i szepcząc imię
kochanka pomiędzy jękami. Nate wydał z siebie gardłowy odgłos i odsunął się
lekko, patrząc mi prosto w oczy. Uszczypnął mnie w sutki i zamienił moją rękę
na swoją, stymulując nas o wiele intensywniej.
Wszystkie mięśnie drżały konwulsyjnie, gdy zbliżałem
się do orgazmu. Przestałem nad sobą panować, gdy brązowooki zaczął natarczywie
pieścić moją żołądź. Zamarłem w bezruchu, milisekundę przed tym, jak doszedłem,
a przed oczami zobaczyłem pewnego blondyna, ze złotymi oczami. Leo. Leo.
Leo. Leo. Jego imię dźwięczało mi w uszach, czułem je na języku i w duszy.
Przeprowadziło mnie przez otchłań rozkoszy, w której się nagle znalazłem. Całe
moje jestestwo przeżywało swego rodzaju trzęsienie ziemi, które mogłoby trwać
wiecznie.
Kiedy już zaczęło mi się rozjaśniać przed oczami,
powoli wyrównywał mi się oddech, a zdolność logicznego myślenia dała o sobie
znać, zorientowałem się, że nawet nie wiem czy i kiedy doszedł Nate.
Opanowując w pewnym stopniu, wciąż drżące ciało,
odwróciłem się na bok i napotkałem rozbawiony i wycieńczony wzrok kochanka.
Przeturlałem się w jego stronę i objąłem ramionami, a
mojej uwadze nie uszedł podstępny uśmieszek, który po chwili uświadomił mi
jedną rzecz – imię mojego obiektu westchnień zostało przeze mnie
zwerbalizowane. Nawet dość dobitnie. I sądząc po moim zachrypniętym
gardle
– całkiem głośno.
Sarknąłem i ukryłem twarz w ramieniu ewidentnie
rozbawionego Nate’a, wyrzucając sobie głupotę i złorzecząc, na czym świat stoi.
Poza lekkimi przytykami pod moim adresem i podchodami,
szatyn zdawał się bagatelizować całe wydarzenie. Wreszcie po kilkunastu
minutach nie wytrzymał i łaskotaniem „wymusił” na mnie zeznania.
Z radością i entuzjazmem, o jaki nigdy w życiu bym się
nie podejrzewał, rozpocząłem swój wywód, tak jak wczoraj, gdy zdawałem relację
Claire.
Nate był świetnym słuchaczem. Potakiwał głową, wtedy,
kiedy trzeba, wydawał z siebie pomruki mające na celu zapewnienie mówiącego, o
zaangażowaniu w opowiadaną historię, ale na jego nieszczęście, byłem dobrym
obserwatorem.
Zauważyłem, że posmutniał tuż po tym jak wspomniałem o
obrazie i niemalże wpadł w panikę na słowo „profesor”, a rękę, na której
wcześniej miał zawiązaną bandanę, stara się ukryć, jednak dla jego komfortu
udawałem, że niczego nie widzę. Dokończyłem swoją opowieść, finalizując ją
błaganiem o pomoc w doborze ubrań, które nieco poprawiło mu humor. Bardziej niż
chętnie zaczął się ogarniać i ruszył w stronę garderoby.
Już prawie kończyłem nakładać makijaż, kiedy Nate się
zapomniał i dłonią, którą wcześniej chował odgarnął włosy z czoła, a ja
zauważyłem świeże zaczerwienienia na jego nadgarstku, zbyt regularne na
ślady po kocich pazurach.
Pod wpływem impulsu zerwałem się z krzesła i znalazłem
się przy nim w ciągu niecałej sekundy, przytrzymując i
unieruchamiając jego rękę z wymownym spojrzeniem. Zacisnął powieki i
przygryzł dolną wargę, pochylając nieco głowę.
- Nathaniel… czy na pewno wszystko w porządku? – powiedziałem delikatnie,
najcieplejszym głosem, jaki mogłem z siebie wydobyć, obejmując go.
Zadrżał i uniósł podbródek, patrząc na mnie szklistymi
oczami. Rozchylił usta, jakby chciał coś powiedzieć, jednak zamiast słów,
wydobył się z nich szloch. Przylgnął do mnie roztrzęsiony, a ja sobie
obiecałem, że ktokolwiek go doprowadził do tego stanu, odpowie za to.
Gdy uspokoił się na tyle, że mógł składać zdania,
dowiedziałem się wszystkiego.
Od kilku tygodni, znienawidzony przez wszystkich Frederick Hammond, jeden z
wykładowców na naszej uczelni, był stałym bywalcem gejowskiego strip clubu, w
którym Nate dorabiał jako tancerz go-go. Jakby tego było mało, facet zaczął go
prześladować i zatrzymywać po zajęciach, robiąc insynuacje i szantażować
chłopaka ujawnieniem jego tajemnicy, zmuszając do różnych rzeczy. Kiedy na moją
prośbę, wymamrotał sprecyzowanie „różnych rzeczy” moja wściekłość osiągnęła
stan najwyższy.
Pieprzony zboczeniec próbował wykorzystać mojego
przyjaciela. Decyzję podjąłem natychmiast. Zdecydowanym ruchem chwyciłem telefon
i zacząłem wybierać numer.
- Gdzie dzwonisz? – spytał zaskoczonym i wciąż roztrzęsionym tonem.
- Odwołać spotkanie. – powiedziałem szybko – Nie ma mowy, żebym zostawił cię
samego. – spojrzałem mu w oczy – Nie w takim stanie.
- Nie! – wrzasnął i wyrwał mi komórkę z ręki, natychmiast anulując połączenie –
Pod żadnym pozorem tu ze mną nie zostaniesz!
- Co? – furia szatyna była oszałamiająca – O czym ty do cholery mówisz?
- Nie chcę, żeby przez moje problemy ominęła cię szansa twojego życia –
spojrzał na mnie spode łba, łypiąc groźnie.
- Dramatyzujesz. – stwierdziłem stanowczo – To tylko spotkanie… Nic się nie
stanie.
- Nie żartuj – prychnął Nate – To nie jest „tylko spotkanie” – przedrzeźnił mój
wcześniejszy
ton – To jest r a n d k a – powiedział z naciskiem – W dodatku z
przyzwoitym facetem, a to nie zdarza ci się zbyt często…
- Nie ma mowy, żebym zostawił przyjaciela na rzecz randki! Nawet z przyzwoitym
facetem! – dodałem szybko, widząc, że znowu otwiera usta.
- Daj spokój… – spojrzał na mnie z politowaniem – Tobą nie interesują się
przyzwoici faceci… drugi raz szybko to się nie zdarzy.
- Nie cierpię cię. – wysyczałem w odpowiedzi na tę jawną złośliwość.
- Wiem, kochanie – odparł ze śmiechem, jednak zaraz spoważniał – Nie martw się.
Pójdę do Shad. Nic mi nie będzie – popatrzył na mnie nieśmiało – To jak?
- Nie będziesz nigdzie łaził – odparłem ostrym tonem, nie ustępując.
Po kilkunastu minutach,
zgodziłem się, aczkolwiek niechętnie, na kompromis. Pójdę na spotkanie z Leo,
jak chciał Nate, jeśli on nie ruszy się na krok z mojego mieszkania i zadzwoni
po swoich przyjaciół, żeby nie był sam. Uzgodniliśmy warunki porozumienia, a
mnie zakłuło coś w sercu, kiedy zobaczyłem, jak bardzo kruczowłosy cieszy się
moim szczęściem, nawet gdy jego świat się wali z hukiem.
Dałem się zaciągnąć do garderoby i przed lustro, aby
mój doradca mógł wprowadzić ostateczne zmiany i poprawić
wszelkie niedociągnięcia.
Jak już się upewniłem, że zadzwonił po wsparcie,
niemalże wypchnął mnie za drzwi i z dwuznacznym uśmiechem życzył mi powodzenia,
zatrzaskując drzwi.
W holu dałem instrukcje Paul’owi i wyszedłem,
podejmując wyzwanie w towarzystwie żarzącego się papierosa.