wtorek, 29 lipca 2014

Dygresje...


Piszę właśnie 7 rozdział 'Music...' i muszę Wam powiedzieć, że sama nie spodziewałam się takiego obrotu wydarzeń. Jedyne co mi przychodzi na myśl, to ten obrazek:
~Lucraise

poniedziałek, 28 lipca 2014

Jak burza, mkniemy!

Na specjalne prośby, Gwiazdka przyszła wcześniej!
Panie i Panowie, zapraszamy na kolejny rozdział "Music..."
Zarazem przedstawiamy kolejną adminkę, a zarazem główną ilustratorkę 'Sweet Life of Mine', bez której pomocy 6 rozdział by nie powstał, w żadnym razie: Sheideline!
Miłego czytania <3
~Lucraise i Sheideline
P.S. Nikt się nie obrazi, jak pozostawicie po sobie ślad ;) <3

Music Within My Heart, Honey... [6]

[6]


Czułem się jak wrak. Tępy ból głowy nie dawał mi spokoju, a wszechogarniająca jasność w nieprzyjemny sposób sprowadzała do rzeczywistości. Mojego samopoczucia nie poprawiał fakt, że nic nie pamiętałem. Wydarzenia z poprzedniego wieczoru wydawały się być nieodgadnioną tajemnicą, jednak dziwne ssanie w żołądku, spowodowane nie tylko zbyt dużą ilością wypitego alkoholu, świadczyło o tym, że moje zachowanie wymknęło się spod kontroli.
Otworzyłem oczy i z ulgą zarejestrowałem fakt, że znajdowałem się we własnym mieszkaniu. Usiadłem na łóżku, przeczesałem dłonią włosy i zacząłem rozmasowywać skronie, w nadziei, że ból minie. Ni cholery nie pomogło. Z ciężkim westchnieniem zsunąłem się z łóżka i powlokłem do łazienki.

Szedłem, ostrożnie stawiając kroki. Wiedziałem, że jeżeli się przewrócę, to zostanę na podłodze, dopóki kac mi nie minie albo ktoś mnie nie odwiedzi, a nic nie wskazywało na nastąpienie żadnego z wariantów w najbliższej przyszłości.

W drodze pod upragniony prysznic wziąłem swój ulubiony fiołkowy, kaszmirowy szlafrok, włączyłem odtwarzacz ( https://www.youtube.com/watchv=jbg738Mjoe8&feature=youtube_gdata_player ) i zaparzyłem kawę, przy okazji rozkoszując się aromatem wydobywającym się z kubka, a moje ciało wpadało w euforyczny stan, przeczuwając nieodległe w czasie strumienie ciepłej wody.

Rozebrałem się do naga i z satysfakcją spojrzałem w lustro… przesunąłem po sobie wzrokiem z niekrytym podziwem, lecz całe zadowolenie prysło, gdy spojrzałem na swoją twarz. Przekrwione białka, cienie pod oczami i rozmazany makijaż ewidentnie wskazywały na mocno zakrapianą imprezę i nie tworzyły razem ideału piękna. Wyglądałem jak borsuk. Szybko zakropliłem oczy z nadzieją, że do 15. pozbędę się „efektu królika” i nie będę straszył ludzi. A przynajmniej nie bardziej niż zwykle. Wyjąłem kolczyk z języka i niecierpliwymi ruchami umyłem zęby, nie skracając wyznaczonego czasu – 6 minut – ani o sekundę.

Gdy już wreszcie znalazłem się w kabinie i gorąca woda zaczęła delikatnie pieścić moją skórę, całe wyczerpanie wydawało się mnie opuścić. Z lubością oddawałem się wszystkim znanym rytuałom, pozwalając myślom płynąć w nieznane. Dryfowałem w przestrzeni, kierowany tylko przez szum i stukot kropel o kafelki. Mógłbym tak trwać w nieskończoność, ale woda stopniowo zmniejszała swoją temperaturę.

Wyszedłem i powoli wciągnąłem do płuc zimne powietrze. Z westchnieniem przysiadłem na pralce owijając się kaszmirem i zacząłem suszyć włosy, wciąż lekko otumaniony.

Znów zaczynałem odpływać, kiedy przez huczenie suszarki, do moich uszu dotarł dziwny dźwięk. Chwilę zajęło mi zorientowanie się, że to dzwonek mojego telefonu, a następną chwilę zlokalizowanie go w gabinecie. Zanim do niego dotarłem już dawno przestał dzwonić. Spojrzałem na wyświetlacz, a moje tętno zatrzymało się i ruszyło ze zdwojoną siłą.

Nazwisko, które na nim widniało wywoływało we mnie wiele sprzecznych emocji, czułem jak niewidzialny węzeł zaciska się na moich wnętrznościach, a całe ciało ogarnia euforia. Wpatrywałem się w ekran jak zahipnotyzowany, kiedy przyszła wiadomość od tej samej osoby.

Leo Silver
„Kawa nadal aktualna? L.”


Przygryzłem dolną wargę, zaniepokojony brakiem jakiegokolwiek pieszczotliwego wstępu i emotikon. Tłumaczenie, że przecież nie jesteśmy razem, że to nic nie znaczy, że może po prostu się spieszył, że w sumie to dlaczego miałbym się tym przejmować, nic nie dawało. Jak na osobę o wybujałym ego i wysokim poczuciu własnej wartości przystało, poczułem się urażony. Jakaś moja część, którą starałem się ignorować, domagała się wymierzenia sprawiedliwości w terminie natychmiastowym.

Żeby zamknąć drogę impulsywnym zachowaniom wszelkiej maści, szybko wysłałem oschłego, lakonicznego ale potwierdzającego sms’a i od razu tego pożałowałem. Jak tak dalej pójdzie, to guzik wyjdzie ten nasz związek. Z westchnieniem usiadłem na obrotowym krzesełku, zakładając wilgotne włosy za ucho i drżącymi dłońmi wyjąłem z awaryjnej paczki papierosa. Chłodne powietrze owinęło się wokół mojego ciała, gdy poły szlafroka się rozsunęły. Bardziej niż kiedykolwiek potrzebowałem kawy, ale ta była w kuchni na blacie, a utrzymywanie się na własnych nogach, było teraz ponad moje siły.

Korzystając z okazji włączyłem komputer, żeby zająć czymś niespokojne myśli. Ze wszystkich sił starałem się uspokoić. Najlepszym sposobem okazało się obmyślanie stroju. Układałem w głowie miliony zestawów, bezmyślnie przeglądając tablicę na facebook’u, ale żaden z nich nie wydawał mi się wystarczająco dobry.

Gdy moja irytacja i poczucie beznadziejności sięgnęły zenitu, zrezygnowany spojrzałem na zegarek. Była 11, co oznaczało, że do spotkania z Leo zostały 4 godziny, a dzisiejsze zajęcia na uczelni dobiegły końca. Podjąłem krok ostateczny i zadzwoniłem do osoby, która jako jedyna miała prawie identyczne poczucie stylu jak ja. Uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy… zapowiedź odwiedzin tego człowieka, niosła ze sobą obietnicę, której już nie mogłem się doczekać. Udałem się do kuchni, żeby wypić, niestety już zimną kawę i zapalić jeszcze jednego papierosa.
Dym wypełnił moje płuca, lekko drapiąc w gardło i rozluźniając mięśnie.

Przymknąłem oczy, delektując się tym uczuciem. Próbowałem przestać palić, niezliczoną ilość razy, ale każda moja próba, kończyła się fiaskiem. Zbyt mocno uwielbiałem szelest towarzyszący otwieraniu nowej paczki i zaciąganie się, by zrezygnować.

Nie minęło pół godziny, a Paul zaanonsował przybycie mojego gościa. Przeczesałem dłonią włosy i nawet nie zadając sobie trudu, żeby zawiązać szlafrok, otworzyłem drzwi.
Na progu stał Nathaniel Ambre… łączyły nas przedziwne stosunki. Chodziliśmy razem do jednej grupy na ASP i od pierwszego dnia trzymaliśmy się razem. Wytworzyło się między nami coś na kształt przyjaźni, ale bardzo różniącej się od więzi z Claire i Marco. Oboje byliśmy artystami z wrażliwymi duszami. Uwielbialiśmy toczyć długie dyskusje dotyczące sztuki. Potem zaczęliśmy się sobie zwierzać, a od kilku miesięcy do naszych relacji wkradły się erotyka i wzajemne pożądanie, nie mające nic wspólnego z romantyzmem.

Żaden z nas nie potrafił powiedzieć, co nas do siebie przyciągało. Być może chodziło o podobne postrzeganie rzeczywistości i odbieranie świata. Byliśmy identyczni, choć zupełnie różni. Jak yin i yang.

Nate, tak samo jak ja był cyniczny, czasami nawet perfidnie złośliwy ale w przeciwieństwie do mnie, chętnie pomagał ludziom, do których szybko się przywiązywał i wiecznie się uśmiechał, choć posiadał swoją mroczną stronę. Był bardzo wrażliwy, choć rzadko to okazywał, jednak, gdy ktoś mocno go zranił, dawał upust swoim emocjom i łzom, podczas kiedy ja chowałem się za ścianą sarkazmu i gniewu.

Stał teraz w drzwiach, ubrany w czarne rurki, skórzane brązowe oficerki, pomarańczową koszulkę z fałdowanym dekoltem i krótkimi rękawami, która delikatnie opływała jego umięśniony tors oraz czarną, długą kamizelkę. Na jego nadgarstku oprócz zwykłego zestawu bransoletek, zauważyłem ciemną bandanę. Jego roztrzepana, kruczoczarna czupryna, sięgała przed ramiona, a duże, miodowe oczy wspaniale współgrały z zawadiackim uśmiechem na ustach, patrząc na mnie z uznaniem.

Pocałował mnie delikatnie w policzek, obejmując ramieniem.
- Andy, skarbie, co się stało? – spytał lekkim głosem, patrząc mi prosto w oczy. Podniosłem wzrok i pod wpływem impulsu złączyłem nasze usta, wciągając jego zapach. Moje ciało od kilku dni domagało się atencji, a nie lubiłem sam się zaspokajać. Potrzebowałem bliskości i dotyku drugiej osoby. Kogoś, kogo znałem, a Nate był najbliżej.


Wydawał się być zaskoczony, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że miał nadzieję na taki obrót wydarzeń. Zamknął drzwi, nie przerywając kontaktu i dotknął językiem mojej dolnej wargi.
Rozchyliłem usta, pogłębiając pocałunek i przysuwając się bliżej. Moje podniecenie rosło z każdą sekundą, zmuszając mnie do sięgania po więcej. Z niecierpliwością przylgnąłem do niego i zacząłem masować jego kark, za co zostałem nagrodzony głębokim pomrukiem.

Nate wplótł palce jednej dłoni w moje włosy, zmieniając pocałunek w bardziej drapieżny i przesycony pożądaniem, a drugą ręką dotknął mojego sutka, pieszcząc go.
Wzdłuż kręgosłupa przeszedł mi dreszcz, a mój członek drgnął. Oderwałem się na chwilę od jego ust, tylko po to, żeby pozbyć się jego ubrań, a on zsunął zdecydowanym ruchem kaszmir z moich barków. Podniósł mnie szybko z podłogi, a mój jęk zaskoczenia, zmieszał się z tym rozkoszy, gdy nasze skóry zetknęły się, nieograniczane przez żaden materiał. Zaprowadził mnie do sypialni i popchnął na łóżko, a sam stanął przede mną obserwując.

Leżałem z szeroko rozłożonymi nogami, całkowicie wyeksponowany, ciężko oddychając. Drżałem w oczekiwaniu na jego następny ruch, na dotyk. Delikatnie przesunął językiem, znacząc moją skórę od wnętrza ud, starannie omijając mojego penisa, aż do szyi. Zahaczył o moje sutki, wyrywając z mojego gardła cichy jęk.

Naparł na mnie całym swoim ciężarem, liżąc, ssąc i podgryzając bladoróżową skórę.

Pozwoliłem mu się prowadzić, byłem w stanie tylko ciężko oddychać i poruszać biodrami, starając się ocierać ciałem o ciało, gdy mnie pieścił.
Przesunął usta na wrażliwą skórę szyi, składając na niej pocałunki i tworząc malinki. Jakaś część mnie, która pozostała trzeźwa, wytknęła mi bierność, więc ostatkiem woli wsunąłem dłoń pomiędzy nasze ciała i złączyłem penisy.

Krzyknąłem, odchylając głowę do tyłu i szepcząc imię kochanka pomiędzy jękami. Nate wydał z siebie gardłowy odgłos i odsunął się lekko, patrząc mi prosto w oczy. Uszczypnął mnie w sutki i zamienił moją rękę na swoją, stymulując nas o wiele intensywniej.

Wszystkie mięśnie drżały konwulsyjnie, gdy zbliżałem się do orgazmu. Przestałem nad sobą panować, gdy brązowooki zaczął natarczywie pieścić moją żołądź. Zamarłem w bezruchu, milisekundę przed tym, jak doszedłem, a przed oczami zobaczyłem pewnego blondyna, ze złotymi oczami. Leo. Leo. Leo. Leo. Jego imię dźwięczało mi w uszach, czułem je na języku i w duszy. Przeprowadziło mnie przez otchłań rozkoszy, w której się nagle znalazłem. Całe moje jestestwo przeżywało swego rodzaju trzęsienie ziemi, które mogłoby trwać wiecznie.

Kiedy już zaczęło mi się rozjaśniać przed oczami, powoli wyrównywał mi się oddech, a zdolność logicznego myślenia dała o sobie znać, zorientowałem się, że nawet nie wiem czy i kiedy doszedł Nate.

Opanowując w pewnym stopniu, wciąż drżące ciało, odwróciłem się na bok i napotkałem rozbawiony i wycieńczony wzrok kochanka.
Przeturlałem się w jego stronę i objąłem ramionami, a mojej uwadze nie uszedł podstępny uśmieszek, który po chwili uświadomił mi jedną rzecz – imię mojego obiektu westchnień zostało przeze mnie zwerbalizowane. Nawet dość dobitnie. I sądząc po moim zachrypniętym 
gardle – całkiem głośno.
Sarknąłem i ukryłem twarz w ramieniu ewidentnie rozbawionego Nate’a, wyrzucając sobie głupotę i złorzecząc, na czym świat stoi.
Poza lekkimi przytykami pod moim adresem i podchodami, szatyn zdawał się bagatelizować całe wydarzenie. Wreszcie po kilkunastu minutach nie wytrzymał i łaskotaniem „wymusił” na mnie zeznania.

Z radością i entuzjazmem, o jaki nigdy w życiu bym się nie podejrzewał, rozpocząłem swój wywód, tak jak wczoraj, gdy zdawałem relację Claire.
Nate był świetnym słuchaczem. Potakiwał głową, wtedy, kiedy trzeba, wydawał z siebie pomruki mające na celu zapewnienie mówiącego, o zaangażowaniu w opowiadaną historię, ale na jego nieszczęście, byłem dobrym obserwatorem.

Zauważyłem, że posmutniał tuż po tym jak wspomniałem o obrazie i niemalże wpadł w panikę na słowo „profesor”, a rękę, na której wcześniej miał zawiązaną bandanę, stara się ukryć, jednak dla jego komfortu udawałem, że niczego nie widzę. Dokończyłem swoją opowieść, finalizując ją błaganiem o pomoc w doborze ubrań, które nieco poprawiło mu humor. Bardziej niż chętnie zaczął się ogarniać i ruszył w stronę garderoby.

Już prawie kończyłem nakładać makijaż, kiedy Nate się zapomniał i dłonią, którą wcześniej chował odgarnął włosy z czoła, a ja zauważyłem świeże zaczerwienienia na jego nadgarstku, zbyt regularne na ślady po kocich pazurach.

Pod wpływem impulsu zerwałem się z krzesła i znalazłem się przy nim w ciągu niecałej sekundy, przytrzymując i unieruchamiając jego rękę z wymownym spojrzeniem. Zacisnął powieki i przygryzł dolną wargę, pochylając nieco głowę.
- Nathaniel… czy na pewno wszystko w porządku? – powiedziałem delikatnie, najcieplejszym głosem, jaki mogłem z siebie wydobyć, obejmując go.

Zadrżał i uniósł podbródek, patrząc na mnie szklistymi oczami. Rozchylił usta, jakby chciał coś powiedzieć, jednak zamiast słów, wydobył się z nich szloch. Przylgnął do mnie roztrzęsiony, a ja sobie obiecałem, że ktokolwiek go doprowadził do tego stanu, odpowie za to.
Gdy uspokoił się na tyle, że mógł składać zdania, dowiedziałem się wszystkiego.

Od kilku tygodni, znienawidzony przez wszystkich Frederick Hammond, jeden z wykładowców na naszej uczelni, był stałym bywalcem gejowskiego strip clubu, w którym Nate dorabiał jako tancerz go-go. Jakby tego było mało, facet zaczął go prześladować i zatrzymywać po zajęciach, robiąc insynuacje i szantażować chłopaka ujawnieniem jego tajemnicy, zmuszając do różnych rzeczy. Kiedy na moją prośbę, wymamrotał sprecyzowanie „różnych rzeczy” moja wściekłość osiągnęła stan najwyższy.


Pieprzony zboczeniec próbował wykorzystać mojego przyjaciela. Decyzję podjąłem natychmiast. Zdecydowanym ruchem chwyciłem telefon i zacząłem wybierać numer.
- Gdzie dzwonisz? – spytał zaskoczonym i wciąż roztrzęsionym tonem.
- Odwołać spotkanie. – powiedziałem szybko – Nie ma mowy, żebym zostawił cię 
samego. – spojrzałem mu w oczy – Nie w takim stanie.
- Nie! – wrzasnął i wyrwał mi komórkę z ręki, natychmiast anulując połączenie – Pod żadnym pozorem tu ze mną nie zostaniesz!
- Co? – furia szatyna była oszałamiająca – O czym ty do cholery mówisz?
- Nie chcę, żeby przez moje problemy ominęła cię szansa twojego życia – spojrzał na mnie spode łba, łypiąc groźnie.
- Dramatyzujesz. – stwierdziłem stanowczo – To tylko spotkanie… Nic się nie stanie.
- Nie żartuj – prychnął Nate – To nie jest „tylko spotkanie” – przedrzeźnił mój wcześniejszy 
ton – To jest r a n d k a – powiedział z naciskiem – W dodatku z przyzwoitym facetem, a to nie zdarza ci się zbyt często…
- Nie ma mowy, żebym zostawił przyjaciela na rzecz randki! Nawet z przyzwoitym 
facetem! – dodałem szybko, widząc, że znowu otwiera usta.
- Daj spokój… – spojrzał na mnie z politowaniem – Tobą nie interesują się przyzwoici faceci… drugi raz szybko to się nie zdarzy.
- Nie cierpię cię. – wysyczałem w odpowiedzi na tę jawną złośliwość.
- Wiem, kochanie – odparł ze śmiechem, jednak zaraz spoważniał – Nie martw się. Pójdę do Shad. Nic mi nie będzie – popatrzył na mnie nieśmiało – To jak?
- Nie będziesz nigdzie łaził – odparłem ostrym tonem, nie ustępując. 

Po kilkunastu minutach, zgodziłem się, aczkolwiek niechętnie, na kompromis. Pójdę na spotkanie z Leo, jak chciał Nate, jeśli on nie ruszy się na krok z mojego mieszkania i zadzwoni po swoich przyjaciół, żeby nie był sam. Uzgodniliśmy warunki porozumienia, a mnie zakłuło coś w sercu, kiedy zobaczyłem, jak bardzo kruczowłosy cieszy się moim szczęściem, nawet gdy jego świat się wali z hukiem.

Dałem się zaciągnąć do garderoby i przed lustro, aby mój doradca mógł wprowadzić ostateczne zmiany i poprawić wszelkie niedociągnięcia.

Jak już się upewniłem, że zadzwonił po wsparcie, niemalże wypchnął mnie za drzwi i z dwuznacznym uśmiechem życzył mi powodzenia, zatrzaskując drzwi.


W holu dałem instrukcje Paul’owi i wyszedłem, podejmując wyzwanie w towarzystwie żarzącego się papierosa.

Innowacje, Rewolucje

Aby ułatwić Wam czytanie, powstały podstrony opowiadań, na których znajdziecie

  • spisy treści, 
  • zdjęcia postaci 
  • zdjęcia mieszkań głównych bohaterów
Mamy nadzieję, że Wam się spodoba ;)
Enjoy!
~Lucraise i Ali

NEWS, NEWS, NEWS!

Kochani!
Ali na razie zawiesza 'Kiss In The Central Park', bardzo możliwe, że wprowadzi znaczące dla fabuły zmiany, ale nie martwcie się! Jak będziecie chcieli, to zachowamy obie wersje (starszą wrzucimy do archiwum ;) ).
Tymczasem pojawiła się kolejna część 'Music Within My Heart, Honey...' ze względu na dalsze plany, postanowiłam połączyć dwa rozdziały, tak więc miłego czytania! <3
~Lucraise

Music Within My Heart, Honey... [4&5]

[4&5]



Szedłem szybkim marszem wzdłuż ulicy. Chciałem jak najszybciej wrócić do domu, ale grzejące niemiłosiernie słońce i wiszące na ramieniu, ciężkie toboły, wcale mi tego nie ułatwiały. Jakby tego było mało, poczułem wibracje w kieszeni.
Starając się nie zwalniać, odebrałem telefon i zdecydowanie poprawił mi się humor, jak zobaczyłem kto dzwoni.
  – Hej skarbie! Gdzie się podziewasz? – głos przyjaciółki wywołał uśmiech na mojej twarzy, a to przeklęte słońce, nie przeszkadzało tak bardzo, jak przed chwilą.
  – Właśnie próbuję dotrzeć do domu… ale to niełatwe, zważywszy na to, że cała natura sprzysięgła się przeciwko mnie. – powiedziałem płaczliwym tonem i usłyszałem jej śmiech. – To wcale nie jest śmieszne! – jęknąłem oskarżycielsko.
  – Oj… Biedny Andy – jej chichot nie ustawał – Masz szczęście, że ciocia Claire czeka na ciebie w twoim cudownym, chłodnym mieszkanku.
  – Jak to!? – byłem zaskoczony, ale kiedy minął szok, poczułem radość w sercu.
  – Tak to! -  krzyknęła w euforii – Najpierw cię trochę ogarniemy, a potem idziemy do Orange Club, gdzie spotykamy się z Marco… i może resztą kapeli – dodała już z mniejszym entuzjazmem i niemal zobaczyłem jak marszczy nos. – ale to ci już opowiem jak przyjdziesz.
  – Dobra. Już widzę wejście do holu… Do zobaczenia.
Rozłączyłem się i z ulgą wszedłem do klimatyzowanego budynku. Natychmiast usłyszałem głos Paula.
  – Dzień dobry, Panie Cole – powiedział i skinął głową.
  – Witaj, Paul – odpowiedziałem lekko dysząc. Mimo wszystko, bieg w słońcu męczy.
  – Panna Evans do Pana przyszła, czeka w pańskim mieszkaniu. – widząc rozbawienie w jego oczach, zacząłem mieć pewne podejrzenia, że „przyszła” wyglądało bardziej jak „wpadła i sama się wpuściła”.
  – Dziękuję, Paul. – uśmiechnąłem się pod nosem i wsiadłem do windy, która zawiozła mnie prawie pod samo mieszkanie.

Pierwsze co zobaczyłem po otwarciu drzwi, to wielkie szmaragdowe oczy i burza czerwonych, kręconych włosów, które należały do mojej przyjaciółki. Zaraz potem zostałem mocno przytulony.
  – Hej, kochanie – przywitałem się i pocałowałem ją w policzek. Odsunęła się trochę i zobaczyłem jej szeroki, odsłaniający wszystkie zęby uśmiech. – Jaki mamy plan na resztę dnia? – zapytałem widząc jej zadowoloną minę. Poruszyła brwiami jak Don Juan i wyciągnęła zza pleców butelkę Absoluta.
  – Mam nadzieję, że posiadasz limonki. – powiedziała poważnym tonem, a ja parsknąłem śmiechem. – No co? Trzeba się trochę rozweselić przed wyjściem – dodała z miną niewiniątka – a bez limonek, nie da się tego pić – skrzywiła się lekko i zachichotała.
Odłożyłem rzeczy na podłogę i śmiejąc się poszliśmy do kuchni.
  – Co powiesz na Mojito? – spojrzałem na Claire przez ramię – mam twoje kochane cytrusy, a jak się przejdziesz na taras, to będziemy mieć też miętę.
  - Tak! – powiedziała wniebowzięta i poleciała zerwać trochę zielska. Wyciągnąłem lód i zacząłem przygotowywać drinki, ale przez cały czas, w głowie kołatało mi się mnóstwo pytań. Nagła impreza, oznaczała odwołanie próby… Chęć dowiedzenia się, co się stało, walczyła z nagłą potrzebą opowiedzenia Claire o moim nowym, niesamowicie przystojnym znajomym, na myśl o którym zrobiło mi się gorąco.
Nawet nie zauważyłem, kiedy zielonooka wróciła do kuchni. Poczułem zapach mięty i ni stąd, ni zowąd wypaliłem:
  – Chyba się zakochałem. – zasłoniłem twarz włosami, zarumieniłem się i zerknąłem na reakcję dziewczyny.

Stała jak wryta z rozszerzonymi oczami i rozchylonymi ustami, jakby miała zamiar coś powiedzieć. Nagle uśmiechnęła się i uściskała mnie mocno, prawie rozlewając drinki.
  – Andy! To cudownie! O mój Boże…! Nareszcie! Tak się cieszę! – zaczęła trajkotać jak najęta i w bardzo głośny sposób wyrażała swoje szczęście. Co chwilę do mnie przyskakiwała i przytulała. Po kilku minutach wrzasków i jawnej euforii, zaczęła zadawać całkiem sensowne pytania -  Jak on wygląda!? Ile ma lat!? Jak się nazywa!? Jest bardzo umięśniony!? Jak się poznaliście? -tutaj spojrzała na mnie groźnie – Kiedy się poznaliście!? Dlaczego mówisz o tym dopiero teraz, ty…
  – Claire! Spokojnie! – przerwałem jej ze śmiechem – Poznałem go dopiero wczoraj… ale kochana, gdybyś go spotkała! – rozmarzyłem się i jeknąłem.
  – Wow… widzę, że nieźle cię wzięło. – skwitowała, wzięła drinki i podała mi jeden – W tej sytuacji możemy tylko wznieść toast. – uniosła szklankę w górę – Za ciebie i za twojego królewicza! – krzyknęła i stuknęliśmy się szkłem – Jak on się nazywa? – spojrzała na mnie z ciekawością.
  – Leo… – mruknąłem i westchnąłem, wywołując u Claire kolejną salwę śmiechu.
  – Opowiedz. Mi. Wszystko. – powiedziała z przekomiczną miną, akcentując każde słowo. Rude włosy sprawiały, że wyglądała jak Lisica na polowaniu.

 Wziąłem ją pod ramię i ruszyliśmy na taras, w celu zalkoholizowania się pod gołym niebem. Usiedliśmy tuż przy barierce, żeby mieć lepszy widok na miasto i odpaliliśmy papierosy. Opowiedziałem jej wszystko. Od wypadku i rozmowy zaczynając, przez wymianę telefonów, przytulenie i namalowanie obrazu, a na interpretacji Owsona kończąc. Poszedłem po laptopa i pokazałem jej jego profil na facebooku.

Przejrzeliśmy jego oś czasu, po czym weszliśmy w zakładkę „Zdjęcia użytkownika Leo Silver”. Piszczeliśmy i wrzeszczeliśmy z rozemocjonowania i podniecenia, a nasze reakcje wzmacniało lekkie upojenie. Przeszliśmy do fotek z wakacji i oboje jęknęliśmy, gdy wyskoczyło nam pewne zdjęcie z plaży.

Przedstawiało Leo, leżącego na piasku, bez koszulki, tylko w skąpych, wilgotnych kapielówkach, odsłaniających całe nogi i doś mocno uwydatniających rozmiary jego przyrodzenia, które było całkiem… spore. Czułem jak zasycha mi w gardle, moje mięśnie się napinają, a po plecach przechodzi dreszcz.

Sytuacji nie poprawiały lekko zwilżone, błyszczące w słońcu, złote włosy, pełne, wykrzywione w uśmiechu usta i klatka piersiowa. Do głowy napłynęły mi różnego rodzaju myśli. Myślałem o tych pełnych ustach na moim ciele, o jego męskości… we mnie. W środku. Najmocniej i najgłębiej jak się da.
  - O mój Boże, ja pierdolę… – ciszę, która nagle zapadła, przerwał cichy, drżący głos Claire – Ty to masz, kurwa, szczęście do facetów. – spojrzała na mnie z „dumą”.
  - No… – powiedziałem powoli – A wyobraź sobie, jak wygląda na żywo! – dokończyłem z uśmiechem i po chwili oboje się zanosiliśmy.
Przerwał nam dzwonek telefonu Claire. Dziewczyna rzuciła się na urządzenie, niczym tygrysica. Jak już namierzyła klawisz odbierania i przystawiła telefon do ucha, rozległo się na balkonie głośne, pijackie powitanie.
  – Alo? – zamknęła oczy i przez chwilę uważnie słuchała swojego rozmówcy. – Tak, tak. Jasne. Za dwie godziny. Okej, to pa. – pożegnała się, otworzyła oczy i zwróciła w moją stronę – Musimy skarbie, zebrać dupy i się ogarnąć, bo jesteśmy umówieni za dwie godziny z Marco. – wstała lekko się chwiejąc i zmierzyła mnie krytycznym wzrokiem. Spojrzałem na nią pytająco i wyczekująco. – Wyglądasz okropnie. – zawyrokowała – Kompletnie beznadziejnie. Masz rozmazaną kredkę, czerwone policzki od alkoholu, nieprzytomne spojrzenie i poplątane włosy. – patrzyłem na nią i czekałem na ostateczny werdykt – Wyglądasz jak czarownica… Nie! Wyglądasz jak młodsza wersja Alice’a Cooper’a. Tylko jesteś ładniejszy. – dokończyła chichocząc.

 Wstałem, próbując zachować równowagę. Wysłałem Claire do garderoby, żeby wybrała mi coś do ubrania, a sam udałem się do łazienki. Tego dnia stwierdziłem, że prysznic po pijaku, to zdecydowanie nie jest dobry pomysł. Wszystko się kręciło, miałem wrażenie, że znajduję się w wirze wodnym. Wyjątkowo szybko umyłem włosy i pobieżnie wtarłem odżywkę, co było kompletnym świętokradztwem, ale nie miałem sił już dłużej stać. Powoli łapał mnie kac.

Wyszedłem z kabiny, owinąłem ręcznik wokół bioder i przysiadłem na pralce, żeby zebrać myśli. Prysznic lekko mnie orzeźwił, ale co raz mocniej odczuwałem skutki picia… Westchnąłem i uczesałem oraz wysuszyłem włosy, co sprawiło mi wiele trudności, zważywszy na mój obecny stan. Wciąż w ręczniku opuściłem łazienkę i poszedłem zobaczyć, co Claire wygrzebała dla mnie z czeluści garderoby.

Wpadliśmy na siebie w drzwiach sypialni. Wyprostowała się i z samozadowoleniem pokazała mi swoje zdobycze w postaci skórzanych spodni i podkoszulka na ramiączkach.
  – Błagam, załóż to… – spojrzała na mnie prosząco, ale z przebiegłym uśmiechem. Wcisnęła mi rzeczy do ręki i pobiegła do łazienki, rzucając przez ramię – Jak skończysz, to zamów taksówkę!

Zerknąłem na trzymane ciuchy i zacząłem się ubierać. Przez kilka minut siłowałem się ze spodniami. Po stoczonej bitwie, potrzebowałem chwili odpoczynku, którą wykorzystałem na obmyślenie dodatków. Zebrałem się w sobie i założyłem podkoszulek oraz wysokie, zgrabne, glanowate buty. Podszedłem do lustra i zrobiłem makijaż „dzienny”… akurat skończył mi się eye-liner.

Zmierzyłem się krytycznie wzrokiem.
Duże, piękne oczy, okolone kredką, nawilżone, kształtne usta, trochę różu na policzkach… dopasowany podkoszulek idealnie podkreślał moją szczupłą talię, a obcisłe skórzane spodnie uwydatniały pośladki i wąskie biodra. Brakowało tylko trochę biżuterii. Ze względu na tatuaż na nadgarstku, bransoletki nie były mi potrzebne. Zawiesiłem delikatny łańcuszek na szyi i włożyłem kolczyk do języka.

 Końcowy efekt, zdecydowanie mnie zadowalał. Usłyszałem, że Claire wychodzi z łazienki i przypomniało mi się o taksówce. Znalazłem telefon i chciałem wybrać numer, kiedy przyszła wiadomość.

Leo Silver
„Hej Piękny :-*, masz ochotę na kawę jutro? L.”


  – Jezu, Claire! Claire! Napisał! – zawołałem ją z histerycznym śmiechem. Przybiegła do mnie niemal natychmiast, zajrzała mi przez ramię i zaczęliśmy razem skakać w nagłym napadzie euforii – Boże drogi… co ja mam mu odpisać? – spojrzałem na rudowłosą z przerażeniem, ona popatrzyła na mnie jak na istotę bezrozumną.
  - Podoba ci się?
  – Tak!
  – Lubisz go?
  – Tak!
  – Chcesz iść z nim na kawę?
  – O Boże, Tak!
  – No, to już wiesz co napisać… – powiedziała zadowolona i puściła mi oko – Idę się pomalować, a ty zamów wreszcie tę cholerną taksówkę. – uciekła z powrotem do łazienki i po chwili dało się słyszeć tylko suszarkę.
 Popatrzyłem na telefon jak najbardziej niebezpieczną rzecz na świecie. Przeczytałem jeszcze kilka razy wiadomość od Leo, aż w końcu zebrałem się na odwagę i mu odpisałem.

Andy Cole
„Zawsze :-* W Joes o 15? A.”


Już się prawie rozluźniłem i nawet zamówiłem taksówkę, kiedy znów rozległ się sygnał SMSa.

Leo Silver
„Wspaniale! Do zobaczenia jutro :-**. L.”

Nie posiadałem się ze szczęścia. Na myśl o tym, że go jutro spotkam, przyspieszało mi tętno i miałem trudności z oddychaniem.
  – I co? – Claire stała w drzwiach, już uszykowana – Na czym stanęło?
  – Jutro. W Joes. O 15. -powiedziałem cicho z roziskrzonymi oczami i radosnym wyrazem pyska. Spojrzałem na zegarek i otrząsnąłem się – Dobra, kochanie, zbieramy się bo taksi już na nas czeka.
Wybiegliśmy z domu, jakby nas całe stado diabłów goniło, prawie zapominając o zamknięciu drzwi. Podczas jazdy zorientowałem się, że wciąż nie wiem, dlaczego próba została odwołana, a Claire najwyraźniej była zadowolona, że jeszcze o tym nie rozmawialiśmy. Spojrzałem na dziewczynę, która skwapliwie omijała mnie wzrokiem i w miarę, jak przybliżaliśmy się do Orange Club, stawała się co raz bardziej nerwowa i spięta. Jak tylko taksówkarz zatrzymał się pod budynkiem z pomarańczowymi neonami,  wcisnęła mu do ręki pięć dolców i szybko wyskoczyła, ciągnąc mnie za sobą.

Prawie wbiegliśmy do klubu, a jako że byliśmy stałymi bywalcami, ochrona nawet nie zwróciła na nas zbytniej uwagi. Szybko przecisnęliśmy się przez masę tańczących ludzi na parterze i weszliśmy na pierwsze piętro, gdzie znajdowały się coś stoliki, drugi barek i przede wszystkim było o wiele ciszej, niż na dole.

  Przy jednym z trzechosobowych stolików zauważyliśmy Marco… zresztą trudno było go przeoczyć. Potężnie zbudowany, z długimi blond włosami i brodą, zaplecioną w dwa warkoczyki oraz ogromnym kuflem piwa, wyglądał jak prawdziwy wiking.
Widać było, że na nas czeka. Zdążył nawet zamówić dla nasze ulubione drinki – Cosmopolitana dla mnie i Casablance dla Claire. Zauważył nas po chwili i z uśmiechem zamachał ręką.
Przeszliśmy między stolikami, i gdy do niego dotarliśmy, zamknął nas w niedźwiedzim uścisku.
  - Nareszcie! Ile można na was czekać? – nie omieszkał uczynić nam wyrzutów, zaraz po wylewnym przywitaniu.
  – Nawet nie wiesz, jaką dziwną drogą jechał kierowca. – zacząłem nas usprawiedliwiać, a Claire potakiwała energicznie głową.
  – Dobra, dobra. Już ty się lepiej nie tłumacz. – pokręcił głową z uśmiechem i jeszcze raz nas przytulił.

Uwielbiałem spędzać czas w towarzystwie Claire i Marco. Usiedliśmy i poczułem jak się rozluźniam. Rozmawialiśmy i żartowaliśmy bez przerwy, a ja czułem, jak moja zdolność logicznego myślenia zmniejsza się wprost proporcjonalnie do ilości wypitych Cosmopolitanów. Jednak mimo lekkiego otępienia, nie uszło mojej uwadze ich dziwne zachowanie. Cały czas spoglądali na siebie porozumiewawczo, ale kiedy Marco popatrzył na Claire pytająco, a ona pokręciła przecząco głową, nie wytrzymałem.
  – Przepraszam? – odezwałem się, wkurzony szopką, którą odstawiali – Dowiem się wreszcie o co chodzi? – Claire schowała się za swoją szklanką, więc przeniosłem wzrok na Marco.
Wiking natomiast splótł dłonie i spokojnie popatrzył mi w oczy.
  – Nie mamy perkusisty. – oznajmił i upił łyk piwa.
  – I to jest problem? – spytałem z niedowierzaniem. To, że Greg odszedł, nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem. Traktował wszystkich członków zespołu z góry i jak tylko miał okazję, to także wyśmiewał… najbardziej mnie. Nie raz słyszałem z jego ust obelgi, teoretycznie zaowalowane i wypowiedziane „przyjacielskim” tonem,  które automatycznie i bez większego wysiłku odwzajemniałem, ale oboje się nienawidziliśmy.

Był paskudny, nawet z wyglądu, ale znakomicie grał na bębnach, więc go nie wyrzucaliśmy. W głębi serca nawet się ucieszyłem, że już nie będę widywać tego prostaka, jednak wciąż nie rozumiałem, dlaczego moi przyjaciele są tak bardzo zmartwieni, a fakt, że Marco starał się to ukrywać, jeszcze bardziej mnie zastanawiał – Przecież już nie raz nie mieliśmy perkusisty w składzie. Za dwa, góra trzy dni kogoś znajdziemy.
  – Właśnie, brak perkusisty nie jest problemem… – powiedział powoli, jakby zastanawiając się nad każdym słowem – Problemem są jego dalsze zamiary.
  – Wybacz, ale nadal niezbyt rozumiem. Dlaczego niby jego „dalsze zamiary” są naszym problemem? – byłem inteligentny, ale nie ogarniałem tej sytuacji. Nagle Claire przestała udawać, że jej tu nie ma i odezwała się, uprzedzając Marco.

 - Andy… Gdy Greg zadzwonił dzisiaj do Marco i poinformował nas, że – delikatnie mówiąc – odchodzi z zespołu, powiedział coś jeszcze. Powiedział, że znosił cię tylko dla dobra zespołu, ale teraz, kiedy już nie jest „zmuszony” tolerować twojego „pedalstwa”, zemści się za wszystkie przytyki i da ci popalić. – wyrzuciła z siebie na jednym tchu, a w jej szmaragdowych oczach błyskała wściekłość. Siedziałem z otwartymi ustami, w szoku, a Marco patrzył na nią z wyrzutem.
  – Co? Że niby… Co!? – z zaskoczenia nie potrafiłem sklecić żadnego sensownego zdania – Nasz stary bębniarz mi grozi? Dobrze zrozumiałem?
  – Tak, mniej więcej właśnie o to chodzi. – powiedziała ostrożnie Claire. Marco wywrócił oczami i odchylił się na krześle.
  – Groził, groził, ale raczej nie masz się czego bać – oznajmił głębokim, uspokajającym tonem – Greg jest mocny tylko w gębie, a poza tym… – kontynuował swój wywód, ale już przestałem go słuchać.

Szczerze mówiąc, niezbyt się przejmowałem tym, pożal się Boże, zastraszaniem mnie przez perkusistę. Oparłem się na krześle, sącząc powoli lampkę wina, którą przyniósł mi wcześniej Marco, a mój wzrok wędrował po sali. Gdy dotarł do jej przeciwległego końca, moje serce zamarło.
  – Ja pierdolę! Claire! On tu jest! – powiedziałem rozhisteryzowanym głosem.
  - Greg!? – krzyknęli jednocześnie i zaczęli się rozglądać.
  – Nie! Nie Greg idioci! Leo! – syknąłem zirytowany ich niedomyślnością i co raz bardziej podniecony. Marco miał nic nierozumiejący wzrok, a Claire wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk.
  – Gdzie? Gdzie? Pokaż! – zażądała władczym tonem.
  – Tam siedzi. – wskazałem konspiracyjnie głową. Siedział przy stoliku z jakimś mężczyzną i rozmawiali. Z lekkim niepokojem obejrzałem dokładnie swojego potencjalnego rywala.
Miał około 26 lat, ładne, brązowe włosy i był modnie ubrany. Po ukończeniu obserwacji, znacznie się uspokoiłem – byłem o wiele bardziej atrakcyjny.
 Przeczesałem dłonią włosy – Jak wyglądam? – spytałem, zakładając nogę na nogę, a Marco, z lekko zdezorientowaną miną, pokazał uniesiony kciuk.
  – A, tak, widzę go… sam seks! – rudowłosa posłała mi znaczące spojrzenie, po czym zmierzyła mnie wzrokiem – Wyglądasz bosko skarbie… Jakbym była twoim facetem, to przeleciałabym cię – mrugnęła do mnie i się roześmialiśmy.
Przybiliśmy piątkę i usłyszeliśmy chrząknięcie. Marco siedział z  uniesionymi w niemym pytaniu brwiami.
 – Co to za Leo? – popatrzył na nas pytająco.
– Leo, to nowy książę Andy’ego – wyjaśniła Claire i naświetliła wikingowi wydarzenia wczorajszego dnia.
Wyprostowałem plecy, oparłem się torsem o stolik i powoli podniosłem kieliszek z winem do ust. Przymknąłem delikatnie powieki i obmyślałem wszelkie możliwe zakończenia tego wieczoru. W najgorszym razie zakładałem, że mnie nie zauważy, a nawet jeśli, to mnie zignoruje, skoro był na randce. Byłem zazdrosny, ale byłem w stanie zrozumieć, że się z kimś umówił – poznaliśmy się dopiero wczoraj.

Najbardziej drażnił i niepokoił mnie sposób, w jaki rozmawiał z mężczyzną, siedzącym na przeciwko niego. Wydawali się być sobie bardzo bliscy i mimowolnie poczułem lekkie ukłucie w sercu. Pocieszał mnie fakt, że prawie w ogóle nie mieli kontaktu fizycznego.

Postanowiłem przestać o tym myśleć i skupić się na rozmowie moich przyjaciół, która teraz dotyczyła sensu życia i kosmosu… uwielbiałem pijackie dywagacje na ten temat. Z chęcią włączyłem się do dyskusji, która teraz skupiła się związku między Platonem, Nietzschem i nicością.

Właśnie wyjaśniałem, że Freud nigdy nie miał, nie ma i nigdy nie będzie miał niczego wspólnego ze świętym Augustynem, kiedy poczułem czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciłem się, chcąc przegonić tego, kto śmiał przerwać mój wywód, ale zamarłem, a moje tętno przyspieszyło.
  – Andy! – intruz obdarzył mnie najcudowniejszym uśmiechem na świecie i pochylił się trochę w moją stronę – Nawet nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię widzę… – odgarnął mi włosy z czoła, a ja roześmiałem się perliście, błagając swoje ciało o spokój.
  – Leo! – znowu zaczynałem tonąć w jego oczach, a ilość wypitego alkoholu, wcale mi nie ułatwiała skoncentrowania się – Miło wiedzieć, że za mną tęskniłeś. – powiedziałem z subtelnym uśmiechem i upiłem łyk wina na uspokojenie. Byłem przerażony i zawstydzony tym, co powiedziałem, ale nie odwróciłem wzroku. Jego spojrzenie mnie pochłaniało. Nagle przypomniało mi się to zdjęcie, które dzisiaj widziałem i cudem udało mi się powstrzymać jęk, na myśl o jego ciele.

Roześmiał się, zmrużył oczy i lekko przygryzł dolną wargę. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to reakcja na moje słowa i odetchnąłem z ulgą, że nie słyszy moich myśli. Rozchylił usta, żeby coś powiedzieć, kiedy nagle zza jego pleców wyłonił się jego brązowowłosy towarzysz. Skądś znałem jego twarz, ale nie pamiętałem skąd. Położył rękę na ramieniu blondyna, a chłopak odwrócił się zaskoczony, jednak szybko się uśmiechnął.
  – Andy, – odwrócił się do mnie, a ja wstałem i zacząłem przeczuwać najgorsze – pozwól, że przedstawię ci Matta, mojego starszego brata – gdy usłyszałem słowo „brat” myślałem, że popłaczę się ze szczęścia. Zamiast tego uścisnęliśmy sobie chłodno ręce z szatynem. Z bliska zauważyłem, że rzeczywiście, posiadają z Leo pewne cechy wspólne.
  – Leo, przyszedłem się pożegnać… – odezwał się Matt. Kiedy usłyszałem jego głos, natychmiast przypomniało mi się, skąd go znam. To on dzisiaj rano na mnie wpadł i nawrzeszczał… to zdecydowanie nie wróżyło nawiązania jakiejkolwiek więzi - zaraz przyjdzie Cat i idziemy jeszcze do klubu, a mam takie dziwne wrażenie, że będziesz wolał tu zostać – powiedział z uśmiechem, spojrzał na swojego młodszego brata znacząco, uściskał go i sobie poszedł. Nareszcie.

Blondyn spojrzał na mnie, lekko zarumieniony. Przez jeden, krótki moment patrzyliśmy sobie prosto w oczy, rozkoszując się tą chwilą. Z letargu wyrwało nas chrząknięcie, dochodzące ze strony moich przyjaciół. Spoglądali na mnie z wyrzutem. Dotarło do mnie, że jeszcze nie przedstawiłem im Leo w „oficjalny” sposób.
  - Ach… przepraszam… Leo, to są Marco i Claire… moi zdrowo rąbnięci przyjaciele. Marco, Claire, to jest Leo – powiedziałem szybko, lekko zakłopotany swoim niedopatrzeniem. Na szczęście mogłem zrzucić wszystko na alkohol.

Siedzieliśmy jeszcze chwilę we czwórkę i byłem zachwycony, jak dobrze się dogadują, kiedy Claire stwierdziła, że jest śpiąca, głodna pijana i nie będzie sama wracać, bo jeszcze ktoś ją zgwałci i będziemy ją mieć na sumieniu, więc niech Marco ją odprowadzi do domu.

Kiedy zostaliśmy sami, Leo uśmiechnął się do mnie w „ten” sposób. Poczułem jak moja krew wrze, gdy moje ucho owionął jego gorący oddech.
  - Masz może ochotę jeszcze gdzieś wyskoczyć? – usłyszałem głęboki, zmysłowy głos blondyna, a po moich plecach przeszedł dreszcz.
  – Zawsze. – odpowiedziałem, patrząc mu w oczy z lekkim uśmiechem na ustach.

Delikatnie i czule wziął mnie pod rękę i razem ruszyliśmy na podbój nocy.

Dotrzymywanie obietnic.

Jak powiedzieli, tak zrobili!
Czeka na Was kolejna część historii Matta i Andy'ego...
Zapraszamy do czytania i życzymy mnóstwa wrażeń (które w następnych rozdziałach mogą się nasilić ;D)
~Lucraise i Ali

Music Within My Heart, Honey... [3]

[3]


Szedłem szybko ulicą, starając się nie spóźnić. Tak szybko, że moje włosy powiewały za mną na wietrze, niczym welon. Wolałem sobie nawet nie wyobrażać, jak bardzo będą poplątane, gdy dotrę do uczelni. Popatrzyłem na ulicę i pochwaliłem się w myślach za umiejętność przewidywania i zostawienie samochodu na parkingu. Pojazdy wszelkiej maści stały, jeden za drugim, tworząc olbrzymi korek ciągnący się wzdłuż całej jezdni. Nagle poczułem uderzenie w klatkę piersiową i poleciałem w tył, a pokrowiec zsunął mi się z ramiena.

Jak tylko otrząsnąłem się z szoku, sprawdziłem czy obraz się nie uszkodził, wstałem i namierzyłem sprawcę całego zamieszania. Leżał na chodniku i rozglądał się niezbyt przytomnie wkoło. Wyglądał okropnie – miał zaczerwienioną twarz i mokre jasno-brązowe włosy. Był ubrany w białą, obcisłą bokserkę, która teraz wyglądała na niemiłosiernie przepoconą i na wpół przezroczyste, lniane spodnie, przez które było widać bieliznę z napisem „Calvin Klein” – jednym słowem wyglądał jak ktoś, kto za wszelką stara się być modnym, ale mu nie wychodzi… albo wychodzi z opłakanymi skutkami. Gdy na mnie spojrzał, zmierzyłem go wściekłym, przeszywającym wzrokiem i zauważając jego przerażone spojrzenie uśmiechnąłem się pogardliwie. Nie cierpiałem takich ludzi. Otworzyłem usta, żeby go opieprzyć i zrównać z ziemią, kiedy nagle zerwał się na równe nogi, zaczął wrzeszczeć coś o zniszczonych, drogich ubraniach i z powrotem popchnął mnie na ziemię. Z moich ust wyrwała się wiązka najgorszych przekleństw, jakie znałem, ale chłopak już uciekał, jakby go sam diabeł gonił.

Zaraz po tym, jak zniknął z mojego pola widzenia, poziom mojej agresji znacznie zmalał. Otworzyłem pokrowiec i drżącymi dłońmi sprawdziłem, czy płótno i faktura obrazu nie ucierpiały. Odetchnąłem z ulgą, gdy okazało się, że nic się nie stało. Pomijając ubrudzony pokrowiec oczywiście… wydałem na niego kupę kasy, ponieważ według zapewnień sprzedawczyni, był „najbardziej wytrzymały i wręcz doskonale chronił malowidła”, poza tym był zrobiony z prawdziwej skóry. Jak tylko go zobaczyłem, zakochałem się w nim i stwierdziłem, że muszę mieć to cudo. Oszacowawszy wszystkie szkody i pozłoczerzywszy jeszcze trochę, ruszyłem biegiem w dalszą drogę, modląc się, żeby prof. Owson też się dzisiaj spóźnił.

Wpadłem do budynku i pognałem do sali, po drodze połykając tabletkę na uspokojenie. Stanąłem przed drzwiami i przez chwilę nasłuchiwałem. Odetchnąłem z ulgą, gdy zorientowałem się, że Owsona nie ma w środku. Zamierzałem wślizgnąć się niepostrzeżenie i rozstawić szybko sztalugę. Właśnie sięgałem ręką do klamki, kiedy usłyszałem za sobą znajomy głos.
- Nieładnie się tak spóźniać, Panie Cole. – odwróciłem się w stronę mówiącego, który teraz stał z założonymi na piersi rękoma i uśmiechał się wrednie, gładząc ręką łysinę na głowie i unosząc do góry krzaczaste brwi
- Świadczy to o braku szacunku, lub niechęci do nauczyciela. Proszę mi powiedzieć, Panie Cole… – dodał po chwili, jakby się zastanawiając. – którą alternatywę Pan wybiera? – popatrzył na mnie, jak drapieżnik na ofiarę, a jego złośliwy uśmiech się poszerzył.

Chociaż profesor na pierwszy rzut oka, był dość drobnej postury i przyjemniej dla oka, wzbudzającej sympatię aparycji miłego, starszego pana, teraz zdawał się wypełniać swoją osobą cały korytarz. Był o wiele
wredniejszy, złośliwszy i bardziej perfidny ode mnie, a to wiele mówi. Był wcieleniem zła w najczystszej postaci.

Wyprostowałem plecy i spojrzałem mu wzywająco w oczy.
- Cóż… Panie Profesorze, – włożyłem w te dwa słowa cały jad, jaki się we mnie znajdował.- Sądzę, że na ten moment, najlepszą odpowiedzią na Pańskie pytanie, będzie pominięcie go milczeniem. – Wiedziałem, że mówiąc to, zamykam sobie drogę do zaliczenia i pomimo wziętych tabletek zestresowałem się, ale nie dałem tego po sobie poznać. Zamiast tego posłałem mu najmilszy, sarkastyczny uśmiech, na jaki było mnie stać i przepuściłem go w drzwiach. W jego oczach dostrzegłem błysk… zadowolenia?

Nie miałem czasu, żeby się nad tym zastanowić, bo wykładowca wszedł już do sali i władczym tonem rozkazał rozłożyć sztalugi, żeby mógł zobaczyć „jaki poziom beznadziejności sobą reprezentujemy”. Zająłem puste miejsce w kręgu i porozkładałem wszystko wokół siebie, odsłaniając swój obraz przed wszystkimi i mimowolnie się czerwieniąc. Wspomnienia z poprzedniego dnia wróciły do mnie, powodując jeszcze większy przypływ krwi do policzków. Oczywiście mój rumieniec, nie uszedł uwadze Owsona, który zaraz to skomentował.
- Oj… Panie Cole, skoro pokazanie swojego dzieła kolegom i koleżankom, jest dla Pana przeżyciem, tak stresującym, że powoduje rumieniec, jak Pan sobie poradzi że wszelkiego rodzaju wystawami i wernisażami? – zapytał z „troską” w głosie. Jedna część grupy zamarła w bezruchu, a druga nasłuchiwała i uważnie obserwowała moją reakcję, na przytyk profesora. Używając całej swojej woli spojrzałem na niego ze spokojem i uśmiechnąłem się, jakby powiedział bardzo dobry żart.
- Mogę tylko Panu podziękować, że jako główny cel, obrał Pan sobie, Panie Profesorze, uodpornianie swoich studentów na ostrą i nieuzasadnioną krytykę. – odpowiedziałem poważnym tonem i poprawiłem sztalugę, która nagle krzywo stała. Teraz już na pewno mogłem się pożegnać z zaliczeniem…
- Nie ma za co, Panie Cole. – powiedział z kamienną twarzą i najbardziej protekcjonalnym tonem, jaki kiedykolwiek słyszałem. – Zważywszy na Pańską wdzięczność, nie mogę dłużej Pana trzymać w niepewności. – na jego ustach wykwitł złowrogi uśmiech. – Dlatego też Pańskie "dzieło", przeanalizujemy jako… pierwsze. – Jeżeli spodziewał się ujrzeć, choćby cień przerażenia na mojej twarzy, to się nie doczekał. Podszedł do mnie zacierając ręce i zmierzył przeszywającym wzrokiem malowidło. Po chwili wpatrywania się w obraz, nagle przeniósł spojrzenie na mnie. Jego twarz miała nieodgadniony wyraz, natomiast byłem pewien, że na mojej widać wyzwanie. Spojrzał jeszcze na chwilę na obraz, po czym wreszcie się odezwał.
- Zaskakujący dobór barw… Dużo odcieni żółtego, pomarańczowego i różowego, co świadczy o targających Tobą namiętnościach, jednak kolor niebieski oznacza, że starasz się je hamować. – przerwał na chwilę i ciągnął dalej patrząc mi prosto w oczy. – Umieszczenie tej postaci w centrum, sugeruje, że jest ona… czy raczej on -ta drobna uwaga spowodowała kilka chichotów, które szybko ucichły. Owson kontynuował, jak gdyby nigdy nic. – dla Ciebie bardzo ważny, jednak jest bardzo rozmazany i niewyraźny, czyli nie jesteś pewien waszych relacji. – Zapomniałem, że skurczybyk studiował też psychologię i pedagogikę… Jednak mimo przerażenia, jakie ogarnęło mnie po usłyszeniu jego analizy, nie umknął mi fakt, że po raz pierwszy, zwrócił się do mnie na „ty”. Jeszcze przez kilka sekund patrzył na mnie, a potem odwrócił się do reszty grupy i powiedział już swoim zwykłym tonem. – To właśnie mam na myśli, kiedy wam mówię, żebyście poprzez malowanie wyrażali siebie. Bardzo dobrze, Panie Cole, niestety bardzo dobrze.

Podszedł do swojej następnej ofiary, a ja spojrzałem na zegarek, żeby obliczyć, jak długo będę jeszcze znosić te tortury.

Kiss In The Central Park {3}

{3}



Wyciągnąłem telefon i wybrałem numer do Cateriny. Przyłożyłem mojego IPhone’a do ucha, a w słuchawce rozległa się piosenka Ke$hy „Take it off”, którą Cat ustawiła jako HalloGranie i po chwili rozległ się rozradowany głos dziewczyny.
-Hejka, skarbie! Co słychać? Czemu dzwonisz?-zapytała.
-Hej, hej. Mogę mieć do Ciebie prośbę?
-Jasne! Zrobię wszystko w miarę moich możliwości!- wykrzyknęła z entuzjazmem do słuchawki.
-No więc słuchaj, sprawa jest taka, że Poul, za karę, że nie przyniosłem mu kawy kazał mi zostać i teraz mam nocny dyżur. Przywiozłabyś mi jakieś luźne ubrania z mojego mieszkania? Tylko pośpiesz się 
dobrze?-poprosiłem blondynkę-Użyj swoich kluczy.- dodałem.
-Jasne! Nie ma problemu. Będę za piętnaście minut!- odpowiedziała mi dziewczyna i odłożyła telefon.
Wziąłem swój szkicownik, usiadłem przy oszklonej ścianie wieżowca i zacząłem oglądać nocny Nowy Jork z lotu ptaka. Złapałem swoje projekty i rozpocząłem szkicowanie nowej sukienki. Chwilę potem, spojrzałem jeszcze na ulicę pod biurowcem i zauważyłem szczupłą blondynkę biegnącą wzdłuż ulicy. Po kilku minutach dziewczyna była już w dziale mody.
-Jestem, drogi geju.-Powiedziała Cat.- Mam tu twoje białe, lniane spodnie, luźną białą, bawełnianą podkoszulkę na ramiączka, i bieliznę na zmianę. Jesteś ze mnie dumny?-zapytała dziewczyna i posłała mi uśmiech.
-Jestem, jestem- Odpowiedziałem i pocałowałem ją w policzek.
-Mam coś jeszcze…-Zniżyła głos do szeptu i pokazała mi zawartość swojej wyjątkowo dużej jak na nią torebki. Były w niej dwa różowe wina, jedno białe, jedno czerwone, białe Martini, wódka i Curacao blue do drinków plus dwa kieliszki. Spojrzałem na nią z uwielbieniem.- A i jeszcze jedno. Zostaję z tobą!-Powiedziała, a ja nie mogłem się powstrzymać i przytuliłem ją z całej siły.
-Ratujesz mi skórę, skarbie.-Podbiegłem do swojego biurka i wyciągnąłem z szuflady korkociąg.
-A ty jak zawsze przygotowany.- Powiedziała dziewczyna, wzięła narzędzie, otworzyła różowe wino i nalała nam pełne kieliszki. Podała mi jeden do ręki.-Zdrowie Jamesa!
-Zdrowie Jamesa!- Powtórzyłem i stuknęliśmy się naczyniami, po czym pomyślałem, że czeka nas tu cała noc w biurze ze zboczonym szefem obok, więc wypiłem cały kieliszek wina na jednym łykiem, i dolałem sobie jeszcze więcej. Gdyby nie Cat już napełniał bym trzeci, ale mnie powstrzymała.
-Chwila, chwila, Matt. Mamy całą noc, a jeśli nawalisz się w ciągu pierwszej godziny, to nie będę z tobą siedzieć do siódmej.- Dziewczyna spojrzała na zegarek. –Jest pierwsza w nocy. Mamy jeszcze sześć godzin. Co robimy?
-Ja proponuje zrobić drinki z curacao.-Odpowiedziałem, otworzyłem wódkę i zrobiłem nam słabe drinki.
Wziąłem łyka i poczułem jak alkohol delikatnie wypełnia minie od środka. Póki jeszcze byłem dość świadomy, stanąłem na krześle i wyjąłem z kieszeni plaster opatrunkowy. Wyciągnąłem ręce i zakleiłem plastrami wszystkie czujniki dymu w gabinecie, po czym wyjąłem moje ulubione mentolowe papierosy i poczęstowałem nimi Cat. Zapaliliśmy po jednym i od razu na moich ustach pojawił się uśmiech. W powietrzu było czuć mentol i miętę, a ja zaciągnąłem dymem i z chwili na chwilę stawałem się na coraz weselszy.


Gdy poczułem, że jestem już podpity wziąłem butelkę czerwonego wina, otworzyłem i zacząłem pić prosto z butelki, a blondynka poszła w moje ślady i zaczęła pić z gwinta butelkę białego.
Minęły dwie godziny, a ja byłem roześmiany i szczęśliwy. Rozmawialiśmy o modzie, butach, chłopakach. Przez ten czas wypaliliśmy całą paczkę papierosów, na szczęście w szufladzie zawsze miałem awaryjną z cienkimi mentolami. W kącie leżały cztery puste butelki po winie, a ja czułem jak wszystko się kręci i jest mi bardzo lekko. W pewnym momencie usłyszałem trzask otwieranych drzwi i do biura wszedł Poul, a ja i Cat wymieniliśmy przerażone spojrzenia. Caterina była cała czerwona na twarzy. Miała rozmazany makijaż i włosy mokre od potu. Cat rzadko wygląda źle, ale jeśli pije alkohol potrafi wyglądać wręcz fatalnie. Gdy ja byłem pijany byłem wesoły, nie przestawałem gadać, ale byłem zmęczony i bezbronny, a pijana Cat była spokojna, cicha, ale zachowywała swoją siłę przebicia.
Poul spojrzał z pogardą na nasze pijane twarze i w pewnym momencie w jego oczach pojawił się złowieszczy błysk.
-Katy, wstawaj!-Pociągnął dziewczynę do góry i dał jej do ręki pięćdziesiąt dolarów.- Idź po kawę i nie śpiesz się. Weź jakąś sobie i Cappuccino dla mnie.
-A dla mnie Moche!-Krzyknąłem i dostałem ataku śmiechu.- Mocha! Mocha! Mocha! Mocha!
Zdezorientowana Cat rozejrzała się po pokoju, złapała swoje buty i wyszła. Gdy tylko drzwi windy się zamknęły, rozpoczął się mój koszmar.
Paul podszedł do mnie, przygwoździł do fotela i pocałował. A ja tylko odtworzyłem szeroko oczy i zacząłem się wyrywać, ale alkohol i moja słaba tężyzna fizyczna dały o sobie znać. Nie mogłem się ruszyć, a on nacierał na mnie coraz mocniej. Nie wiedziałem co robić. Gdy jego język przestał napastować moje usta poczułem jak szef rozpina moją koszulę której nie zdążyłem zdjąć. W połowie mu się znudziło i zwyczajnie ją rozerwał. Wydałem z siebie coś w stylu pisku, ale jego to nie obchodziło. Zaczął dotykać mojego ciała, a ja zrobiłem się cały czerwony i próbując zrzucić go z siebie zacząłem wierzgać rękoma i nogami, niestety on skutecznie mnie pacyfikował. Zdjął z siebie swoją koszulę i zaczął całować moje ciało, a gdy oswobodziłem jedną rękę i próbowałem go odepchnąć uderzył mnie w brzuch pięścią. Krzyknąłem, a do oczu napłynęły mi łzy i oblałem się zimnym potem. A on nic sobie z tego nie robił tylko dobierał się do nie, jak ostatni cham. Próbowałem go z siebie zepchnąć , ale uderzył mnie w twarz. Zalałem się łzami i gorączkowo próbowałem uciec, ale był silniejszy i z łatwością radził sobie ze mną. Gdy zaczął dotykać moich spodni, poczułem na udzie, że brutal dostaje erekcji i z przerażeniem próbowałem zebrać w sobie całą siłę jaką miałem. Udało mi się wyswobodzić jedną dłoń i uderzyć szefa w twarz, ale on zachowywał się jakby wcale tego nie poczuł. Zaczynałem opadać z sił. Byłem już pewny, że nic mi nie pomoże. Poddałem się, a on zaczął dobierać się do mnie coraz szybciej.
Gdy byłem już pewien, że nic mnie nie uratuje, usłyszałem ciche „Ding” i zobaczyłem, że za moim oprawcą otwierają się drzwi od windy, w których stała przerażona Cat. Złapaliśmy kontakt wzrokowy i posłałem jej błagalne spojrzenie mówiące „Pomocy”. Stała jak wryta. Poul wstał i zmierzył ją wzrokiem.
-O… Widzę, że przyniosłaś kawę.- Powiedział, jakby nigdy nic. Wziął kubki od dziewczyny i położył na stole.- A teraz możesz już iść. My jesteśmy zajęci sobą.
-Ty stary pederasto! Ty cholerny gwałcicielu!-Krzyknęła mu w twarz Cat i widać było, że naprawdę się .
-Co?!-Zapytał podniesionym głosem szef.- Jak śmiesz się tak do mnie zwracać, Katy! Ja jestem twoim szefem! Wyjdź!
-Cat! Jestem Cat! Nie Katy! Jestem Caterina! Boże, czy ty jesteś upośledzony! Nie potrafisz zapamiętać imienia swojej sekretarki mimo, że pracuje tu ponad rok?!- zaczęła się na niego wydzierać.
Poul nie wytrzymał. Był cały czerwony i strasznie zdenerwowany. Podniósł rękę i spoliczkował Cat z całej siły. Było słychać tylko „Pac”, a uderzenie sprawiło, ze Cat przekręciła głowę do tyłu, a ja nawet nie byłem w stanie się ruszyć. To było przeze mnie. Wściekłość w niej buzowała. Spojrzała na niego z pogardą, zdjęła z nogi szpilki i uderzyła go w twarz pięścią, a on ze zdziwieniem osunął się na podłogę. Jednak szybko się podniósł i chciał jej oddać, ale ona zgrabnie unikała jego ciosów i sama go obijała. Gdy nas szef był już wycieńczony bezsensowną walką z wyćwiczoną dziewczyną osunął się na podłogę.
Cat podbiegła i popatrzyła na mnie z troską.


-Matt, nic Ci nie jest? –Zapytała przerażona. Zobaczyłem, że ma rozciętą wargę, z której powoli sączy się krew.
-Nie, chyba jest dobrze.- Odpowiedziałem cicho, powoli odzyskując siły.
-Ale twój brzuch… jest cały posiniaczony.- Dziewczyna otrząsneła się i szybko podała mi bluzkę na zmianę, a gdy byłem już ubrany, podała mi rękę i zabrała moje rzeczy do swojej torby.- Wychodzimy powiedziała i podała mi swoja wielką, różową torebkę.
Nacisnęła guzik windy i podeszłą do naszego leżącego szefa. Wzięła kubek z letnim Cappuccino i wylała mu ją na głowę.
-Tylko spróbuj nas zwolnić, a ta sprawa trafi na policję. Miłej nocy, chuju!-Powiedziała Cat i razem ze mną zjechała windą przed budynek Vogue Magazine.
Powietrze było ciepłe i wilgotne. Spojrzałem na zegarek Cat. Była już czwarta rano, a cała ta chora akcja trwała dwie godziny. O Boże… Do oczu napłynęły mi łzy, a Cat złapała mnie za rękę i razem pobiegliśmy do Central Parku. Gdy byliśmy już na miejscu, usiedliśmy na ławce, przytuliliśmy siebie do siebie i zaczęliśmy płakać. Wszyscy, którzy przechodzili obrzucali nas zdziwionym spojrzeniem. Wyżalaliśmy się sobie dobre pół godziny, aż zaczęło świtać. Było już około piątej rano. Cat spojrzała na mnie i z oczami zaczerwienionymi od płaczu powiedziała:
-Ja już idę… Muszę… Jeszcze iść do pracy… Powiem, że… Weźmiesz urlop… Nie… Nie martw się. Zobaczymy się jutro…- Wyjąkała zachrypniętym głosem.
-Dziękuje.-Odpowiedziałem z ulgą.- Jesteś najlepszą przyjaciółką, jaką mogłem sobie wymarzyć. A teraz już idź. Nie chcę, abyś się spóźniła- Powiedziałem i przytuliłem blondynkę mocno na pożegnanie.
-Nie masz za co dziękować. Musiałam Ci pomóc.-Powiedziała na pożegnanie i pobiegła w stronę swojego domu znikając z pola mojego widzenia.
Siedziałem jeszcze chwilę, aż słońce już całkowicie wzeszło. Spojrzałem na wyświetlacz mojej komórki. Była piąta rano. Po dłuższej chwili zrobiło mi się zimno, więc zacząłem biec w stronę mojego mieszkania. Zamknąłem oczy i biegłem, aż poczułem ból w klatce piersiowej. Uderzyłem w kogoś. Odbiłem się i upadłem na chodnik. Otworzyłem oczy i zobaczyłem przewróconego chłopaka. Wyglądał na 22 lata. Miał długie, długie granatowe włosy, czarne, wygniecione rurki, koszulkę z już od dawna niemodnym dekoltem w serek i fioletową apaszkę co w połączeniu tworzyło dość mroczno-tandetny strój. Oczy miał delikatnie obrysowane kredką, a moja intuicja mówiła mi, że albo jest metalem, albo gejem, albo jednym i drugim. Obok niego leżał pokrowiec, pewnie z obrazem. Gdy się podniósł omiótł mnie wzrokiem tak przeszywającym, że poczułem ciarki na plecach. Ciemnonienieskie oczy wwiercały się w moją postać, niczym lodowe szpikulce. Byłem pewny, że zaraz z jego ust posypie się salwa sarkastycznych, jadowitych i ironicznych słów, więc postanowiłem odezwać się pierwszy.
-Co ty sobie wyobrażasz?!- Krzyknąłem.- Wiesz ile warta jest ta kolekcja, cholerny ignorancie?!- Pokazałem ręką na swoje lniane spodnie i białą bokserkę.
Gdy zaczął się podnosić podszedłem do niego i pchnąłem, aby znów uderzył o ziemię i odbiegłem, słysząc coraz cichsze, miotane przez niego przekleństwa. Byłem coraz bliżej domu, a byłem głodny więc postanowiłem wstąpić do „Sweet Story” po śniadanie. Wchodząc do cukierni, spojrzałem na swoje odbicie. Biała bokserka opinała się na moim szczupłym ciele, a lniane spodnie prześwitywały na tyle, aby można było przeczytać Calvin Klein na bokserkach. Na twarzy miałem rumieńce, a moje włosy były w uroczym nieładzie lekko zwilżone rosą.




niedziela, 27 lipca 2014

"Be right back" - czyli jak zniknąć na pół roku i wrócić w chwale.

Kochani!
Strasznie przepraszamy za tak długą nieobecność... 
Niestety przez naukę i multum innych zajęć, nasz plan cosobotniej aktualizacji spalił na panewce, 
jednak powracamy w wielkim stylu z nowymi rozdziałami i niespodziankami, specjalnie dla Was.
Trzymajcie się ciepło i czytajcie (oraz komentujcie) ;).
Kochamy Was! <3
~Lucraise i Ali

Music Within My Heart, Honey... [2]

 [2]


Gdy dotarłem do domu, zdążyłem już kilkadziesiąt razy przeanalizować wcześniejsze spotkanie i dobitnie wyrazić irytację swoją głupotą, kopiąc napotkane na drodze kamienie. Wszedłem do klimatyzowanego, dużego holu i w roztargnieniu przywitałem się z recepcjonistą.
- Witaj Paul! – krzyknąłem do mężczyzny siedzącego za kontuarem i szybko popędziłem do windy, starając się uniknąć rozmowy. Nie, żebym go nie lubił. Był miłym facetem, koło czterdziestki. Bardzo umięśniony i chorobliwie przystojny, ale nie w mojej lidze. Jako partnera potrzebuję kogoś, z kim będę mógł prowadzić inteligentne rozmowy na każdy temat, a Paul miał… prosty i ograniczony umysł. Przynajmniej jeśli chodzi o interesujące mnie zagadnienia.
Otworzyłem drzwi do mieszkania i odetchnąłem z ulgą gdy się za mną zamknęły. Wrzuciłem klucze do pojemnika i pozapalałem światła we wszystkich pokojach. Kochałem to miejsce, mogłem się tu zaszyć i schować przed wszystkimi. Każdego gościa z osobna kontrolował Paul, wystarczyło go poinstruować, że jak tylko ktoś do mnie przyjdzie, ma powiedzieć „Pan Cole jest w tej chwili zajęty” lub po prostu „Pana Cole’a nie ma teraz w domu”. Instrukcje te nie dotyczyły tylko dwójki moich przyjaciół – Marco i Claire.
Apartament był ogromny, przestronny i urządzony w nowoczesny sposób, a z okien sięgających od sufitu do podłogi rozciągał się widok na Nowojorską, betonową dżunglę miejską i Central Park. 
Choć cudowne i niezastąpione, mieszkanie wiązało się dla mnie z dość depresyjnymi wydarzeniami z mojego życia, gdyż dostałem je od rodziców na 18. urodziny jako bonus do wydziedziczenia i wywalenia mnie z domu na zbity pysk. W miarę „normalny” kontakt utrzymywałem tylko z dziadkami. Moi rodziciele dzwonili do mnie tylko raz do roku sprawdzić, czy nie muszą dokładać pieniędzy na mój pogrzeb, który przywitaliby z radością.
Zatrzymałem się na chwilę w łazience, opłukałem ręce, przebrałem się w podkoszulek na ramiączkach i zmyłem makijaż. Westchnąłem. Miałem jeszcze do namalowania obraz na jutrzejsze zajęcia, czyli mogłem pożegnać się ze spaniem tej nocy. Usiadłem na pralce przed lustrem i rozpocząłem swój rytuał odprężający – wziąłem do ręki szczotkę i zacząłem rozczesywać długie, sięgające za połowę pleców, lśniące pasma włosów. Każde z osobna, żadnego nie pomijając. Obserwowałem wszystko w lustrze, podziwiając. Miałem bardzo specyficzne włosy – były niczym osobny, żywy organizm, żyjący własnym życiem. Czarne, z granatowymi refleksami w świetle wyglądały magicznie.
Przymknąłem oczy i czułem jak zmęczenie i napięcie opuszczają moje ciało. Odłożyłem szczotkę, wplotłem palce we włosy przeczesując je i delikatnie masując skórę głowy oparłem się o kafelki z lekkim uśmiechem. W takich chwilach świat dla mnie nie istniał, byłem tylko ja, sam na sam ze swoimi myślami i jestestwem. Siedziałem tak jeszcze przez chwilę, „przechodząc w tryb artystyczny”, W końcu się w sobie zebrałem i wstałem.
Poszedłem do kuchni i włączyłem ekspres do kawy i gdy się płukał, zdążyłem znaleźć Bailey’sa i wlać go do kubka. Jak ekspres już stwierdził, że jest czysty i łaskawie zrobi mi kawę, położyłem naczynie tak, aby napój do niego spłynął i z w ten sposób przygotowanym drinkiem, udałem się do „gabinetu”.
Podszedłem do wieży, żeby nastawić utwór [https://www.youtube.com/watch?v=ZSkYfZTdBjA], który zawsze wprawia mnie w melancholijny stan i stanąłem na przeciwko sztalugi, jednak mój wzrok uciekł w stronę drzwi balkonowych. Po chwili zastanowienia przeniosłem wszystkie potrzebne mi ustrojstwa na taras, podkręciłem głośność w odtwarzaczu, złapałem pędzel i dotknąłem płótna. Zamknąłem oczy i chłonąłem dźwięki. Chłodny nocny wiatr muskał moje odkryte ramiona, wywołując dreszcze i gęsią skórkę. Powoli poruszyłem dłonią, wsłuchując się w dźwięki dochodzące z głośników.
Fire fails, blushes pale
We will answer the call
There’s a meaning to all our
Moja ręka poruszała się jakby bez mojego udziału, kreśląc wzory na tkaninie, a przez moją głowę przepływało milion myśli i doznań.
Don’t lose sight, don’t deny
We are leaves meant to fall,
There’s a meaning to all our
Seeds of eulogy to sow along with dreams
Fill the need that can leave us grieving alone
A symphony resounding in our minds
Guides us through
As you hear me
As you do,
As you need me…
Gdy poczułem, że mój cały „mistyczny” potencjał został wyczerpany, delikatnie oderwałem pędzel od płótna i otworzyłem oczy, ciekawy co tym razem stworzyłem i czy owe coś nadaje się na zajęcia. Zamarłem. Zobaczyłem mozaikę przypominającą płomienie, ogniste kolory przechodzące od słomkowej żółci do różu pompejańskiego, miejscami były poprzecinane smugami paryskiego błękitu. W centrum obrazu znajdowała się samotna, lekko rozmazana postać ze złotymi włosami. Byłem… co najmniej zaskoczony. Zawsze odpływałem podczas malowania , ale nigdy aż tak… Poczułem nagłą więź z obrazem i niezbyt podobała mi się myśl, że będę musiał go zaprezentować na dzisiejszych zajęciach, tym bardziej, że prof. Owson miał tendencję do przeprowadzania dogłębnej analizy wszystkich dzieł swoich studentów, a zwłaszcza moich. Od początku pierwszego roku, kazał mi poprawiać każdy, najdrobniejszy szczegół, co niezmiernie mnie irytowało i doprowadziło do tego, że przed zajęciami z moim „ukochanym” profesorkiem, brałem tabletki uspokajające.
Wstałem, rozprostowałem kości i zapaliłem papierosa. Zaciągnąłem się głęboko do płuc i powoli wypuściłem dym, robiąc kółeczka. Nikotyna dostała się do mojego krwiobiegu, wywołując uśmiech na twarzy. Wróciłem do dużego pokoju i przerażeniem stwierdziłem, że do wyjścia zostały mi tylko dwie godziny, a poranne szykowanie zajmuje mi przeciętnie trzy do trzech i pół. Popędziłem do kuchni i wypiłem kawę, która została jeszcze z wczorajszego wieczoru. Nienawidzę pić zimnej kawy. Jest obrzydliwa i ma okropną konsystencję. Teraz jednak nie miałem wyboru, bardziej niż smaczna kawa, liczyło się doprowadzenie do skutku prysznica, makijażu i dobioru ubrań. Bez tego, ani rusz. Szybko wskoczyłem pod prysznic i zwilżyłem lekko włosy, aby nałożyć na nie odżywkę. Po zakończonym zabiegu opłukałem całe ciało lodowatą wodą, żeby się jeszcze bardziej rozbudzić i orzeźwić. Przez cały czas przypomniałem sobie, że nie mam czasu na kontemplację i muszę się śpieszyć, jednak cały czas moje myśli wędrowały do tego przeklętego obrazu i Leo. Zakręciłem wodę i zacząłem się wycierać ręcznikiem. Nagle przyszło mi do głowy, że mógłbym sobie, na przykład wyobrazić, że moje ręce, to ręce Leo, który jest tu ze mną i… STOP! Wrzasnąłem na siebie i uciekłem z łazienki, żeby się ubrać, zanim jeszcze jakiś genialny pomysł przyjdzie mi do głowy.
Wpadłem do garderoby chcąc wziąć pierwsze lepsze ubrania i wyjść, ale… nie potrafiłem. Dopiero po kilku minutach namysłu wybrałem, czarne rurki, koszulkę z dekoltem w serek, w takim samym kolorze, fioletową apaszkę i bordowo-fioletowe wysokie, skórzane i marszczone buty, prawie w stylu Jack’a Sparrow’a. Już w ubraniu, bez lęków, wróciłem do łazienki, z zamiarem uskutecznienia perfekcyjnego makijażu. Usiadłem przed toaletką i przez chwilę wpatrywałem się z zachwytem w swoje odbicie, poczym nałożyłem na policzki trochę różu, żeby uwydatnić kości policzkowe, delikatnie obrysowałem oczy kredką i wtarłem w usta balsam nawilżająco pielęgnujący. Szybko rozczesałem włosy i poszedłem zapakować obraz, jednocześnie przeklinając się za bezmyślność, bo oczywiście nie mogłem namalować zwykłej martwej natury, czy czegoś równie prostego. Nie, musiałem się bawić w abstrakcję… jak zwykle.
Cudem znalazłem swoje ukochane, przeciwsłoneczne aviatorki i skórzaną kurtkę. Nie patrząc na zegarek, żeby się nie stresować, wsunąłem swoje dzieło do pokrowca, zarzuciłem torbę na ramię i zamknąłem drzwi od mieszkania.

Tak przygotowany ruszyłem zmierzyć się ze światem.

Kiss in the Central Park {2}

{2}




Zadzwonił budzik, a wesołe promienie słońca rozpromieniły mój pokój. Szybkim ruchem ręki wyłączyłem denerwującą melodię i zrobiłem to co każdego dnia. Otworzyłem okno i wystawiłem głowę i wciągnąłem nosem rześkie, poranne, Nowo Jorskie powietrze i krzyknąłem do właściciela otwierającego cukiernię naprzeciwko:
-Witaj Carl! Przyjdę za godzinkę po bułkę z jagodami na śniadanie!
-Cześć Matt! Czyli tak jak zazwyczaj-Odkrzyknął Latynos i wszedł do środka swojego sklepu.
Carlos González jest właścicielem małej cukierni „Sweet Story” blisko mojego bloku. Jest bardzo pogodnym Hiszpanem, który przyjechał do NYC rok lub dwa lata temu, ożenił się z amerykanką i tak został tu na stałe. Prawdę mówiąc Carlos był wyjątkowo przystojny. Miał średniej długości kręcone loki, oczy w kolorze ciemnego brązu z figlarnym błyskiem oraz idealnie proste i białe zęby. Miał posturę atlety. Wysoki, umięśniony, ale za razem szczupły i umięśniony. Zanim poznałem James’a, zastanawiałem się czy miał bym szansę u takiego przystojnego cukiernika.
Gdy odszedłem od okna zaraz zacząłem się przygotowywać. Pościeliłem łóżko i położyłem na nim moją elegancko modną kreację do pracy, czyli sportowa marynarka z najnowszej kolekcji Giorgio Armani’ego, białą, obcisłą, lekko prześwitującą koszulę od Hilfiger’a, czarne, wymięte rurki Gucci’ego i niechlujnie nakrapiane Vans’y. Zawsze lubiłem modę i byłem szczęśliwy, że mam posadę Asystenta Redaktora Działu Mody w Vogue Magazine.
Po naszykowaniu kreacji pobiegłem wziąć szybki prysznic. Gdy już skoczyłem w stronę lustra, prawie nie rozbijając sobie głowy o posadzkę na śliskiej podłodze. Nałożyłem odżywkę z jedwabiem na włosy, maseczkę rozświetlającą na twarz i rozpocząłem szczotkowanie zębów pastą wybielającą. Gdy już zmyłem z siebie wszystkie specyfiki i wysuszyłem włosy była szósta czterdzieści. Zostało mi dwadzieścia minut na ogarnięcie reszty. Narzuciłem na siebie szlafrok i podbiegłem do mojego białego MacBook’a. Rzuciłem okiem na artykuł który wczoraj pisałem i kliknąłem drukuj.
Pobiegłem jeszcze na chwile do łazienki, aby założyć moje fioletowe soczewki kontaktowe. Powiesiłem szlafrok na wieszaku na ścianie. Spojrzałem jak wyglądam. Jestem szczupły, mam słabo zarysowane mięśnie brzucha i metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Wsadziłem soczewki na rogówkę i ostatni raz przeczesałem swoje jasno brązowe włosy i wyszedłem z łazienki. Szybko nałożyłem swój idealnie zróżnicowany strój, wsadziłem już wydrukowany artykuł do skórzanej torby Armani’ego. Wychodząc zabrałem ze sobą portfel i telefon, a następnie zamknąłem drzwi swojego mieszkania.
Gdy wyszedłem przed blok owiał mnie chłodny wiatr, ale czyste niego i słońce wróżyły dobrą pogodę. Szybkim krokiem udałem się do cukierni Carlos’a. Gdy byłem już na miejscu przywitał mnie uśmiech który potrafił rozbudzić lepiej niż kawa:
-Buenos Días, Matt!-Krzyknął cukiernik-Jak Ci się spało?-Zapytał i podał mi dwie jagodzianki.
-Witaj!-Odkrzyknąłem-Bardzo Dobrze mi się spało, ale wiesz jak to bywa w moim zawodzie. Często muszą wystarczyć mi dwie godziny snu, dlatego przesypiam prawie całe soboty.-Oboje zaczęliśmy się śmiać, a jego śmiech sprawiał, że drżałem w środku. Wziąłem od niego jeszcze ciepłe bułeczki i pobiegłem w stronę głównej siedziby „NYC Vogue Magazine” krzycząc na pożegnanie coś w stylu „Do zobaczenia” .
Moje miejsce pracy znajdowało się około 10 minut drogi spacerkiem od mojego domu. Główna siedziba Nowojorskiego Vogue’a była wielkim oszklonym wieżowcem o wysokości piętnastu pięter, o perłowym konturze. Było już dwadzieścia po siódmej, czyli powinienem być za dziesięć minut, więc szybciutko wstąpiłem do StarBucks Coffee i zamówiłem odtłuszczoną Moche bez kremu i Cynamonowe Latte, po czym eleganckim krokiem udałem się do pracy.
Przechodząc przez lobby przywitałem się z pracownikiem informacji, Max’em i powoli udałem się na piętro dziesiąte do działu mody. Podszedłem do równoległego biurka mojej przyjaciółki, Caterina’y i podłożyłem na jej biurku jedną jagodziankę i Cynamonową Latte po czym zająłem swoje stanowisko i powoli zacząłem jeść śniadanie.
Gdy byłem już po śniadaniu do biura weszła wesoła Caterina i krzyknęła:
-Witam, witam, witam! Kogo ja tu widzę! Mój ukochany Gej!- Podbiegła do mnie i ucałowała w policzek. Po czym odskoczyła zostawiając mi na policzku ślad mocno czerwonej szminki.- O widzę, że naszykowałeś mi śniadanko! Bułeczki dostałeś od tego ciacha z nad przeciwka, Carlos’a? Powinieneś się za niego wziąć! Jest taki seksowny i umięśniony…
Cat (Bo tak ją nazywamy), jest moją najlepszą przyjaciółką. Potrafi gadać godzinami, uwielbia wino, kawę i jest strasznie inteligentna, mimo, że tego nie okazuje. Jeśli spojrzeć na jej wygląd jest wręcz idealna. Ma sylwetkę modelki. Ma około metra siedemdziesięciu, jest szczupła i ma figurę idealnej klepsydry. Ma długie kręcone blond włosy i oczy w kolorze morskiej zieleni. A wyczucia stylu, można było jej pozazdrościć. Miała na sobie czarną obcisłą sukienką przed kolana rozpinaną z przodu złotym suwakiem projektu Coco Chanel, czerwone szpilki z okrytymi palcami od Prady, na ręku złoty zegarek Swatch’a i srebrną biżuterią z diamentowymi akcentami z najnowszej kolekcji Apart’u. Szczerze mówiąc Cat była naprawdę niezłą laską.
-Witaj skarbie!- Odkrzyknąłem i starłem szminkę z policzka.- Nie powiedziałem Ci jeszcze najlepszego… No więc ja i James…
-Uprawialiście Seks?! Wiedziałam, że w końcu mu ulegniesz! I jak było? Ostro czy łagodnie? Jaki on jest w łóżku? Było Ci dobrze? Opowiadaj wszystko!- Zaczęła zasypywać mnie gradem pytań, a ja poczułem, że się rumienie, ale przecież nie miałem powodu.
-Nie uprawialiśmy seksu. On po prostu…-Chciałem odpowiedzieć, ale ona znów mi przerwała.
-O Boże, on z tobą zerwał! Wiedziałam, że nie byliście sobie przeznaczeni!-Zaczęła wykrzykiwać blondynka i zaczęła mnie przytulać na pocieszenie.-Tak mi przykro! Ale nie martw się! Znajdziemy Ci kogoś lepszego!
-On mi się oświadczył! On mi się oświadczył! Nie zerwał! Jesteśmy narzeczonymi!- Wstałem z krzesła i wybuchłem.
Zacząłem opowiadać Caterina’ie, o całej wczorajszej sytuacji i o jego zaręczynach, a ona tylko wytrzeszczyła oczy i otworzyła usta. Po raz pierwszy widziałem, że Cat nie wie co odpowiedzieć, a jej spojrzenie mówiło: „Ale… Ale… Ale, że jak to?!” Po chwili jej wzrok wytrzeźwiał i zdziwienie zastąpiło szczęście. Rzuciła mi się na szyję i znów zaczęła „ćwierkać”:
-Jestem taka szczęśliwa! W końcu znalazłeś miłość! Ale wiesz co to znaczy?- Zapytała, a w jej oczach pojawił się diabelski błysk. Przeszedł mnie dreszcz.-Wiesz, że musimy zorganizować wielki… Wieczór Panieński! Zobaczysz jaką zorganizuję Ci imprezę! Będzie alkohol, papierosy i striptizer!- Z ust mojej przyjaciółki zaczął wydobywać się kolejny potok słów. Gdy była już w połowie opisu mojej imprezy której w ogóle nie słuchałem wszedł nasz szef.
Poul Embler, redaktor działu Mody w Vogue Magazine, był tandetnym, obrzydliwym Homoseksualistą. Był średnio umięśnionym, wysokim brunetem. Nie maił za grosz stylu. Nosił obcisłe koszulki, legginsy i… damskie torebki. Gdy tylko na niego spojrzałem miałem ochotę krzyknąć i zwymiotować. Ja tak strasznie go nienawidziłem. Wszedł ciężkim krokiem, omiótł pokój wzrokiem i a potem puścił mi oczko, a ja tylko dla zachowania pozoru odwzajemniłem to uśmiechem.
-Hej słodki i ty Katy.- Powiedział, rzucił na biurko mojej przyjaciółki listę rzeczy do zrobienia, a do mnie posłał tylko swój beznadziejny uśmiech.
-Caterina, nie Katy- Poprawiła go Cat.
Szef spojrzał na nią z pogardą i powiedział:
-Nie narażaj się złotko. Pamiętaj, że to ja jestem twoim szefem. Za godzinę masz mi dać ten raport. Rozumiesz, czy to Cię przerasta?
-Rozumiem. Przepraszam-Powiedziała dziewczyna, a ja widziałem w jej oczach, że gdyby nie to, że był jej szefem rozerwałaby go na strzępy.
-Dobrze. A ty…-Zwrócił się w moją stronę- …przynieś mi cappuccino z podwójnym ekspresso. Będę czekał w gabinecie- Powiedział i posłał mi całusa, a mi, aż przewróciło się w żołądku.
Gdy wyszedł posłałem mojej przyjaciółce spojrzenie typu: „Gdyby nie ta praca ta kawa wylądowała by na jego twarzy”, a ona posłała mi uśmiech który znaczył: „W rzeczy samej” i gdy wychodziłem, oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Gdy byłem już w StarBucks’ie i złożyłem zamówienie nagle ktoś podszedł od tyłu i zasłonił mi oczy, a w powietrzu poczułem zapach intensywnych perfum wypełnił powietrze. Wiedziałem kto to był. James! Odwróciłem się i zobaczyłem jego uśmiechniętą twarz. Nie zastanawiając się długo przycisnąłem go mocno do siebie i pocałowałem. Chwilę potem on przejął kontrolę na sytuacją. Oplótł mnie w tali i dalej całował delikatnie muskając moje wargi, a jego pocałunki stawały się jeszcze bardziej namiętnie. Po chwili się od siebie odsunęliśmy, a on spojrzał w moje oczy i wyszeptał:
-Dzień Dobry. Kocham Cię.- I delikatnie musnął ustami mój policzek. Gestem ręki pokazał mi, żebym wybrał miejsce, a on poszedł zamówić kawę.
Zająłem miejsce przy oknie, aby móc oglądać ruchliwe drogi Nowego Jorku. Gdy James usiadł obok nie i złapał mnie za rękę przeszedł mnie dreszcz. Podał mi moją mrożoną Moche i sam wziął łyka swojego ekspresso.
Na początku zaczęliśmy rozmawiać o naszym dniu i różnych głupotach, aż zatraciliśmy się w rozmowie. Po chwili James zaczął się stresować.
-Wiesz, chyba nic nie wyjdzie co do naszej dzisiejszej nocy.-Powiedział, a mi spadł kamień z serca. Aż bałem się, że było słychać huk.
-Ale czemu?-Zapytałem z udawanym smutkiem. Wiem, że nie powinienem go oszukiwać, ale tak już wyszło.
-Dziś mam nocny dyżur w firmie i się nie wyrwę- Powiedział wyraźnie zasmucony. – Na pewno uda nam się kiedy indziej.
Jasne- Odpowiedziałem i posłałem mu uśmiech. W tym momencie mój telefon zawibrował i dostałem sms’a, o treści „Gdzie jest moja Cholerna Kawa!!!” od mojego szefa. Z przerażeniem spojrzałem na zegarek. Siedzę z Jamesem już trzy godziny! Była już osiemnasta.
Szybko dałem Jamesowi buziaka, zabrałem cappuccino Poul’a i pobiegłem do firmy. Szef czekał na mnie wściekły, a Cat już nie było. Spojrzał na mnie wzrokiem będącym mieszaniną pożądania i wściekłości po czym powiedział:
-Za karę masz dziś z mną nocny dyżur. Mam nadzieję, że się cieszysz. Po czym wyrwał mi z rąk swoją kawę i klepnął w pośladek. Przez chwilę, nie wiedziałem co się dzieje. Jedyne co zrobiłem to pomyślałem: „Czy on właśnie dotknął mojego tyłka? O nie! Ja nie przeżyję tej nocy!” i usiadłem do swojego biurka. Co mogłem zrobić. Zacząłem przeglądać ostatnie wydanie New York Times i modliłem się w myślach, aby ta noc minęła jak najszybciej…