poniedziałek, 28 lipca 2014

Music Within My Heart, Honey... [3]

[3]


Szedłem szybko ulicą, starając się nie spóźnić. Tak szybko, że moje włosy powiewały za mną na wietrze, niczym welon. Wolałem sobie nawet nie wyobrażać, jak bardzo będą poplątane, gdy dotrę do uczelni. Popatrzyłem na ulicę i pochwaliłem się w myślach za umiejętność przewidywania i zostawienie samochodu na parkingu. Pojazdy wszelkiej maści stały, jeden za drugim, tworząc olbrzymi korek ciągnący się wzdłuż całej jezdni. Nagle poczułem uderzenie w klatkę piersiową i poleciałem w tył, a pokrowiec zsunął mi się z ramiena.

Jak tylko otrząsnąłem się z szoku, sprawdziłem czy obraz się nie uszkodził, wstałem i namierzyłem sprawcę całego zamieszania. Leżał na chodniku i rozglądał się niezbyt przytomnie wkoło. Wyglądał okropnie – miał zaczerwienioną twarz i mokre jasno-brązowe włosy. Był ubrany w białą, obcisłą bokserkę, która teraz wyglądała na niemiłosiernie przepoconą i na wpół przezroczyste, lniane spodnie, przez które było widać bieliznę z napisem „Calvin Klein” – jednym słowem wyglądał jak ktoś, kto za wszelką stara się być modnym, ale mu nie wychodzi… albo wychodzi z opłakanymi skutkami. Gdy na mnie spojrzał, zmierzyłem go wściekłym, przeszywającym wzrokiem i zauważając jego przerażone spojrzenie uśmiechnąłem się pogardliwie. Nie cierpiałem takich ludzi. Otworzyłem usta, żeby go opieprzyć i zrównać z ziemią, kiedy nagle zerwał się na równe nogi, zaczął wrzeszczeć coś o zniszczonych, drogich ubraniach i z powrotem popchnął mnie na ziemię. Z moich ust wyrwała się wiązka najgorszych przekleństw, jakie znałem, ale chłopak już uciekał, jakby go sam diabeł gonił.

Zaraz po tym, jak zniknął z mojego pola widzenia, poziom mojej agresji znacznie zmalał. Otworzyłem pokrowiec i drżącymi dłońmi sprawdziłem, czy płótno i faktura obrazu nie ucierpiały. Odetchnąłem z ulgą, gdy okazało się, że nic się nie stało. Pomijając ubrudzony pokrowiec oczywiście… wydałem na niego kupę kasy, ponieważ według zapewnień sprzedawczyni, był „najbardziej wytrzymały i wręcz doskonale chronił malowidła”, poza tym był zrobiony z prawdziwej skóry. Jak tylko go zobaczyłem, zakochałem się w nim i stwierdziłem, że muszę mieć to cudo. Oszacowawszy wszystkie szkody i pozłoczerzywszy jeszcze trochę, ruszyłem biegiem w dalszą drogę, modląc się, żeby prof. Owson też się dzisiaj spóźnił.

Wpadłem do budynku i pognałem do sali, po drodze połykając tabletkę na uspokojenie. Stanąłem przed drzwiami i przez chwilę nasłuchiwałem. Odetchnąłem z ulgą, gdy zorientowałem się, że Owsona nie ma w środku. Zamierzałem wślizgnąć się niepostrzeżenie i rozstawić szybko sztalugę. Właśnie sięgałem ręką do klamki, kiedy usłyszałem za sobą znajomy głos.
- Nieładnie się tak spóźniać, Panie Cole. – odwróciłem się w stronę mówiącego, który teraz stał z założonymi na piersi rękoma i uśmiechał się wrednie, gładząc ręką łysinę na głowie i unosząc do góry krzaczaste brwi
- Świadczy to o braku szacunku, lub niechęci do nauczyciela. Proszę mi powiedzieć, Panie Cole… – dodał po chwili, jakby się zastanawiając. – którą alternatywę Pan wybiera? – popatrzył na mnie, jak drapieżnik na ofiarę, a jego złośliwy uśmiech się poszerzył.

Chociaż profesor na pierwszy rzut oka, był dość drobnej postury i przyjemniej dla oka, wzbudzającej sympatię aparycji miłego, starszego pana, teraz zdawał się wypełniać swoją osobą cały korytarz. Był o wiele
wredniejszy, złośliwszy i bardziej perfidny ode mnie, a to wiele mówi. Był wcieleniem zła w najczystszej postaci.

Wyprostowałem plecy i spojrzałem mu wzywająco w oczy.
- Cóż… Panie Profesorze, – włożyłem w te dwa słowa cały jad, jaki się we mnie znajdował.- Sądzę, że na ten moment, najlepszą odpowiedzią na Pańskie pytanie, będzie pominięcie go milczeniem. – Wiedziałem, że mówiąc to, zamykam sobie drogę do zaliczenia i pomimo wziętych tabletek zestresowałem się, ale nie dałem tego po sobie poznać. Zamiast tego posłałem mu najmilszy, sarkastyczny uśmiech, na jaki było mnie stać i przepuściłem go w drzwiach. W jego oczach dostrzegłem błysk… zadowolenia?

Nie miałem czasu, żeby się nad tym zastanowić, bo wykładowca wszedł już do sali i władczym tonem rozkazał rozłożyć sztalugi, żeby mógł zobaczyć „jaki poziom beznadziejności sobą reprezentujemy”. Zająłem puste miejsce w kręgu i porozkładałem wszystko wokół siebie, odsłaniając swój obraz przed wszystkimi i mimowolnie się czerwieniąc. Wspomnienia z poprzedniego dnia wróciły do mnie, powodując jeszcze większy przypływ krwi do policzków. Oczywiście mój rumieniec, nie uszedł uwadze Owsona, który zaraz to skomentował.
- Oj… Panie Cole, skoro pokazanie swojego dzieła kolegom i koleżankom, jest dla Pana przeżyciem, tak stresującym, że powoduje rumieniec, jak Pan sobie poradzi że wszelkiego rodzaju wystawami i wernisażami? – zapytał z „troską” w głosie. Jedna część grupy zamarła w bezruchu, a druga nasłuchiwała i uważnie obserwowała moją reakcję, na przytyk profesora. Używając całej swojej woli spojrzałem na niego ze spokojem i uśmiechnąłem się, jakby powiedział bardzo dobry żart.
- Mogę tylko Panu podziękować, że jako główny cel, obrał Pan sobie, Panie Profesorze, uodpornianie swoich studentów na ostrą i nieuzasadnioną krytykę. – odpowiedziałem poważnym tonem i poprawiłem sztalugę, która nagle krzywo stała. Teraz już na pewno mogłem się pożegnać z zaliczeniem…
- Nie ma za co, Panie Cole. – powiedział z kamienną twarzą i najbardziej protekcjonalnym tonem, jaki kiedykolwiek słyszałem. – Zważywszy na Pańską wdzięczność, nie mogę dłużej Pana trzymać w niepewności. – na jego ustach wykwitł złowrogi uśmiech. – Dlatego też Pańskie "dzieło", przeanalizujemy jako… pierwsze. – Jeżeli spodziewał się ujrzeć, choćby cień przerażenia na mojej twarzy, to się nie doczekał. Podszedł do mnie zacierając ręce i zmierzył przeszywającym wzrokiem malowidło. Po chwili wpatrywania się w obraz, nagle przeniósł spojrzenie na mnie. Jego twarz miała nieodgadniony wyraz, natomiast byłem pewien, że na mojej widać wyzwanie. Spojrzał jeszcze na chwilę na obraz, po czym wreszcie się odezwał.
- Zaskakujący dobór barw… Dużo odcieni żółtego, pomarańczowego i różowego, co świadczy o targających Tobą namiętnościach, jednak kolor niebieski oznacza, że starasz się je hamować. – przerwał na chwilę i ciągnął dalej patrząc mi prosto w oczy. – Umieszczenie tej postaci w centrum, sugeruje, że jest ona… czy raczej on -ta drobna uwaga spowodowała kilka chichotów, które szybko ucichły. Owson kontynuował, jak gdyby nigdy nic. – dla Ciebie bardzo ważny, jednak jest bardzo rozmazany i niewyraźny, czyli nie jesteś pewien waszych relacji. – Zapomniałem, że skurczybyk studiował też psychologię i pedagogikę… Jednak mimo przerażenia, jakie ogarnęło mnie po usłyszeniu jego analizy, nie umknął mi fakt, że po raz pierwszy, zwrócił się do mnie na „ty”. Jeszcze przez kilka sekund patrzył na mnie, a potem odwrócił się do reszty grupy i powiedział już swoim zwykłym tonem. – To właśnie mam na myśli, kiedy wam mówię, żebyście poprzez malowanie wyrażali siebie. Bardzo dobrze, Panie Cole, niestety bardzo dobrze.

Podszedł do swojej następnej ofiary, a ja spojrzałem na zegarek, żeby obliczyć, jak długo będę jeszcze znosić te tortury.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz