[4&5]
Szedłem szybkim marszem wzdłuż ulicy. Chciałem
jak najszybciej wrócić do domu, ale grzejące niemiłosiernie słońce i wiszące na
ramieniu, ciężkie toboły, wcale mi tego nie ułatwiały. Jakby tego było mało,
poczułem wibracje w kieszeni.
Starając się nie zwalniać, odebrałem telefon i
zdecydowanie poprawił mi się humor, jak zobaczyłem kto dzwoni.
– Hej skarbie! Gdzie się podziewasz? –
głos przyjaciółki wywołał uśmiech na mojej twarzy, a to przeklęte słońce, nie
przeszkadzało tak bardzo, jak przed chwilą.
– Właśnie próbuję dotrzeć do domu… ale to
niełatwe, zważywszy na to, że cała natura sprzysięgła się przeciwko mnie. –
powiedziałem płaczliwym tonem i usłyszałem jej śmiech. – To wcale nie jest
śmieszne! – jęknąłem oskarżycielsko.
– Oj… Biedny Andy – jej chichot nie
ustawał – Masz szczęście, że ciocia Claire czeka na ciebie w twoim cudownym,
chłodnym mieszkanku.
– Jak to!? – byłem zaskoczony, ale kiedy
minął szok, poczułem radość w sercu.
– Tak to! - krzyknęła w euforii –
Najpierw cię trochę ogarniemy, a potem idziemy do Orange Club, gdzie spotykamy
się z Marco… i może resztą kapeli – dodała już z mniejszym entuzjazmem i niemal
zobaczyłem jak marszczy nos. – ale to ci już opowiem jak przyjdziesz.
– Dobra. Już widzę wejście do holu… Do
zobaczenia.
Rozłączyłem się i z ulgą wszedłem do
klimatyzowanego budynku. Natychmiast usłyszałem głos Paula.
– Dzień dobry, Panie Cole – powiedział i
skinął głową.
– Witaj, Paul – odpowiedziałem lekko
dysząc. Mimo wszystko, bieg w słońcu męczy.
– Panna Evans do Pana przyszła, czeka w
pańskim mieszkaniu. – widząc rozbawienie w jego oczach, zacząłem mieć pewne
podejrzenia, że „przyszła” wyglądało bardziej jak „wpadła i sama się wpuściła”.
– Dziękuję, Paul. – uśmiechnąłem się pod
nosem i wsiadłem do windy, która zawiozła mnie prawie pod samo mieszkanie.
Pierwsze co zobaczyłem po otwarciu drzwi, to
wielkie szmaragdowe oczy i burza czerwonych, kręconych włosów, które należały
do mojej przyjaciółki. Zaraz potem zostałem mocno przytulony.
– Hej, kochanie – przywitałem się i
pocałowałem ją w policzek. Odsunęła się trochę i zobaczyłem jej szeroki,
odsłaniający wszystkie zęby uśmiech. – Jaki mamy plan na resztę dnia? –
zapytałem widząc jej zadowoloną minę. Poruszyła brwiami jak Don Juan i
wyciągnęła zza pleców butelkę Absoluta.
– Mam nadzieję, że posiadasz limonki. –
powiedziała poważnym tonem, a ja parsknąłem śmiechem. – No co? Trzeba się
trochę rozweselić przed wyjściem – dodała z miną niewiniątka – a bez limonek,
nie da się tego pić – skrzywiła się lekko i zachichotała.
Odłożyłem rzeczy na podłogę i śmiejąc się
poszliśmy do kuchni.
– Co powiesz na Mojito? – spojrzałem na
Claire przez ramię – mam twoje kochane cytrusy, a jak się przejdziesz na taras,
to będziemy mieć też miętę.
- Tak! – powiedziała wniebowzięta i
poleciała zerwać trochę zielska. Wyciągnąłem lód i zacząłem przygotowywać
drinki, ale przez cały czas, w głowie kołatało mi się mnóstwo pytań. Nagła
impreza, oznaczała odwołanie próby… Chęć dowiedzenia się, co się stało,
walczyła z nagłą potrzebą opowiedzenia Claire o moim nowym, niesamowicie
przystojnym znajomym, na myśl o którym zrobiło mi się gorąco.
Nawet nie zauważyłem, kiedy zielonooka wróciła do
kuchni. Poczułem zapach mięty i ni stąd, ni zowąd wypaliłem:
– Chyba się zakochałem. – zasłoniłem twarz
włosami, zarumieniłem się i zerknąłem na reakcję dziewczyny.
Stała jak wryta z rozszerzonymi oczami i
rozchylonymi ustami, jakby miała zamiar coś powiedzieć. Nagle uśmiechnęła się i
uściskała mnie mocno, prawie rozlewając drinki.
– Andy! To cudownie! O mój Boże…!
Nareszcie! Tak się cieszę! – zaczęła trajkotać jak najęta i w bardzo głośny
sposób wyrażała swoje szczęście. Co chwilę do mnie przyskakiwała i przytulała.
Po kilku minutach wrzasków i jawnej euforii, zaczęła zadawać całkiem sensowne
pytania - Jak on wygląda!? Ile ma lat!? Jak się nazywa!? Jest bardzo
umięśniony!? Jak się poznaliście? -tutaj spojrzała na mnie groźnie – Kiedy się
poznaliście!? Dlaczego mówisz o tym dopiero teraz, ty…
– Claire! Spokojnie! – przerwałem jej ze
śmiechem – Poznałem go dopiero wczoraj… ale kochana, gdybyś go spotkała! –
rozmarzyłem się i jeknąłem.
– Wow… widzę, że nieźle cię wzięło. –
skwitowała, wzięła drinki i podała mi jeden – W tej sytuacji możemy tylko
wznieść toast. – uniosła szklankę w górę – Za ciebie i za twojego królewicza! –
krzyknęła i stuknęliśmy się szkłem – Jak on się nazywa? – spojrzała na mnie z
ciekawością.
– Leo… – mruknąłem i westchnąłem,
wywołując u Claire kolejną salwę śmiechu.
– Opowiedz. Mi. Wszystko. – powiedziała z
przekomiczną miną, akcentując każde słowo. Rude włosy sprawiały, że wyglądała
jak Lisica na polowaniu.
Wziąłem ją pod ramię i ruszyliśmy na taras,
w celu zalkoholizowania się pod gołym niebem. Usiedliśmy tuż przy barierce,
żeby mieć lepszy widok na miasto i odpaliliśmy papierosy. Opowiedziałem jej
wszystko. Od wypadku i rozmowy zaczynając, przez wymianę telefonów, przytulenie
i namalowanie obrazu, a na interpretacji Owsona kończąc. Poszedłem po laptopa i
pokazałem jej jego profil na facebooku.
Przejrzeliśmy jego oś czasu, po czym weszliśmy w
zakładkę „Zdjęcia użytkownika Leo Silver”. Piszczeliśmy i wrzeszczeliśmy z
rozemocjonowania i podniecenia, a nasze reakcje wzmacniało lekkie upojenie.
Przeszliśmy do fotek z wakacji i oboje jęknęliśmy, gdy wyskoczyło nam pewne
zdjęcie z plaży.
Przedstawiało Leo, leżącego na piasku, bez
koszulki, tylko w skąpych, wilgotnych kapielówkach, odsłaniających całe nogi i
doś mocno uwydatniających rozmiary jego przyrodzenia, które było całkiem…
spore. Czułem jak zasycha mi w gardle, moje mięśnie się napinają, a po plecach
przechodzi dreszcz.
Sytuacji nie poprawiały lekko zwilżone,
błyszczące w słońcu, złote włosy, pełne, wykrzywione w uśmiechu usta i klatka
piersiowa. Do głowy napłynęły mi różnego rodzaju myśli. Myślałem o tych pełnych
ustach na moim ciele, o jego męskości… we mnie. W środku. Najmocniej i
najgłębiej jak się da.
- O mój Boże, ja pierdolę… – ciszę,
która nagle zapadła, przerwał cichy, drżący głos Claire – Ty to masz, kurwa,
szczęście do facetów. – spojrzała na mnie z „dumą”.
- No… – powiedziałem powoli – A
wyobraź sobie, jak wygląda na żywo! – dokończyłem z uśmiechem i po chwili oboje
się zanosiliśmy.
Przerwał nam dzwonek telefonu Claire. Dziewczyna
rzuciła się na urządzenie, niczym tygrysica. Jak już namierzyła klawisz
odbierania i przystawiła telefon do ucha, rozległo się na balkonie głośne,
pijackie powitanie.
– Alo? – zamknęła oczy i przez chwilę
uważnie słuchała swojego rozmówcy. – Tak, tak. Jasne. Za dwie godziny. Okej, to
pa. – pożegnała się, otworzyła oczy i zwróciła w moją stronę – Musimy skarbie,
zebrać dupy i się ogarnąć, bo jesteśmy umówieni za dwie godziny z Marco. –
wstała lekko się chwiejąc i zmierzyła mnie krytycznym wzrokiem. Spojrzałem na
nią pytająco i wyczekująco. – Wyglądasz okropnie. – zawyrokowała – Kompletnie
beznadziejnie. Masz rozmazaną kredkę, czerwone policzki od alkoholu,
nieprzytomne spojrzenie i poplątane włosy. – patrzyłem na nią i czekałem na
ostateczny werdykt – Wyglądasz jak czarownica… Nie! Wyglądasz jak młodsza wersja
Alice’a Cooper’a. Tylko jesteś ładniejszy. – dokończyła chichocząc.
Wstałem, próbując zachować równowagę.
Wysłałem Claire do garderoby, żeby wybrała mi coś do ubrania, a sam udałem się
do łazienki. Tego dnia stwierdziłem, że prysznic po pijaku, to zdecydowanie nie
jest dobry pomysł. Wszystko się kręciło, miałem wrażenie, że znajduję się w
wirze wodnym. Wyjątkowo szybko umyłem włosy i pobieżnie wtarłem odżywkę, co
było kompletnym świętokradztwem, ale nie miałem sił już dłużej stać. Powoli
łapał mnie kac.
Wyszedłem z kabiny, owinąłem ręcznik wokół bioder
i przysiadłem na pralce, żeby zebrać myśli. Prysznic lekko mnie orzeźwił, ale
co raz mocniej odczuwałem skutki picia… Westchnąłem i uczesałem oraz wysuszyłem
włosy, co sprawiło mi wiele trudności, zważywszy na mój obecny stan. Wciąż w
ręczniku opuściłem łazienkę i poszedłem zobaczyć, co Claire wygrzebała dla mnie
z czeluści garderoby.
Wpadliśmy na siebie w drzwiach sypialni.
Wyprostowała się i z samozadowoleniem pokazała mi swoje zdobycze w postaci
skórzanych spodni i podkoszulka na ramiączkach.
– Błagam, załóż to… – spojrzała na mnie
prosząco, ale z przebiegłym uśmiechem. Wcisnęła mi rzeczy do ręki i pobiegła do
łazienki, rzucając przez ramię – Jak skończysz, to zamów taksówkę!
Zerknąłem na trzymane ciuchy i zacząłem się
ubierać. Przez kilka minut siłowałem się ze spodniami. Po stoczonej bitwie,
potrzebowałem chwili odpoczynku, którą wykorzystałem na obmyślenie dodatków.
Zebrałem się w sobie i założyłem podkoszulek oraz wysokie, zgrabne, glanowate
buty. Podszedłem do lustra i zrobiłem makijaż „dzienny”… akurat skończył mi się
eye-liner.
Zmierzyłem się krytycznie wzrokiem.
Duże, piękne oczy, okolone kredką, nawilżone,
kształtne usta, trochę różu na policzkach… dopasowany podkoszulek idealnie
podkreślał moją szczupłą talię, a obcisłe skórzane spodnie uwydatniały pośladki
i wąskie biodra. Brakowało tylko trochę biżuterii. Ze względu na tatuaż na
nadgarstku, bransoletki nie były mi potrzebne. Zawiesiłem delikatny łańcuszek
na szyi i włożyłem kolczyk do języka.
Końcowy efekt, zdecydowanie mnie zadowalał.
Usłyszałem, że Claire wychodzi z łazienki i przypomniało mi się o taksówce.
Znalazłem telefon i chciałem wybrać numer, kiedy przyszła wiadomość.
Leo Silver
„Hej Piękny :-*, masz ochotę na kawę jutro? L.”
– Jezu, Claire! Claire! Napisał! –
zawołałem ją z histerycznym śmiechem. Przybiegła do mnie niemal natychmiast,
zajrzała mi przez ramię i zaczęliśmy razem skakać w nagłym napadzie euforii –
Boże drogi… co ja mam mu odpisać? – spojrzałem na rudowłosą z przerażeniem, ona
popatrzyła na mnie jak na istotę bezrozumną.
- Podoba ci się?
– Tak!
– Lubisz go?
– Tak!
– Chcesz iść z nim na kawę?
– O Boże, Tak!
– No, to już wiesz co napisać… –
powiedziała zadowolona i puściła mi oko – Idę się pomalować, a ty zamów
wreszcie tę cholerną taksówkę. – uciekła z powrotem do łazienki i po chwili
dało się słyszeć tylko suszarkę.
Popatrzyłem na telefon jak najbardziej
niebezpieczną rzecz na świecie. Przeczytałem jeszcze kilka razy wiadomość od
Leo, aż w końcu zebrałem się na odwagę i mu odpisałem.
Andy Cole
„Zawsze :-* W Joes o 15? A.”
Już się prawie rozluźniłem i nawet zamówiłem
taksówkę, kiedy znów rozległ się sygnał SMSa.
Leo Silver
„Wspaniale! Do zobaczenia jutro :-**. L.”
Nie posiadałem się ze szczęścia. Na myśl o tym,
że go jutro spotkam, przyspieszało mi tętno i miałem trudności z oddychaniem.
– I co? – Claire stała w drzwiach, już
uszykowana – Na czym stanęło?
– Jutro. W Joes. O 15. -powiedziałem cicho
z roziskrzonymi oczami i radosnym wyrazem pyska. Spojrzałem na zegarek i
otrząsnąłem się – Dobra, kochanie, zbieramy się bo taksi już na nas czeka.
Wybiegliśmy z domu, jakby nas całe stado diabłów
goniło, prawie zapominając o zamknięciu drzwi. Podczas jazdy zorientowałem się,
że wciąż nie wiem, dlaczego próba została odwołana, a Claire najwyraźniej była
zadowolona, że jeszcze o tym nie rozmawialiśmy. Spojrzałem na dziewczynę, która
skwapliwie omijała mnie wzrokiem i w miarę, jak przybliżaliśmy się do Orange
Club, stawała się co raz bardziej nerwowa i spięta. Jak tylko taksówkarz
zatrzymał się pod budynkiem z pomarańczowymi neonami, wcisnęła mu do ręki
pięć dolców i szybko wyskoczyła, ciągnąc mnie za sobą.
Prawie wbiegliśmy do klubu, a jako że byliśmy
stałymi bywalcami, ochrona nawet nie zwróciła na nas zbytniej uwagi. Szybko
przecisnęliśmy się przez masę tańczących ludzi na parterze i weszliśmy na
pierwsze piętro, gdzie znajdowały się coś stoliki, drugi barek i przede
wszystkim było o wiele ciszej, niż na dole.
Przy jednym z trzechosobowych stolików
zauważyliśmy Marco… zresztą trudno było go przeoczyć. Potężnie zbudowany, z
długimi blond włosami i brodą, zaplecioną w dwa warkoczyki oraz ogromnym kuflem
piwa, wyglądał jak prawdziwy wiking.
Widać było, że na nas czeka. Zdążył nawet zamówić
dla nasze ulubione drinki – Cosmopolitana dla mnie i Casablance dla Claire.
Zauważył nas po chwili i z uśmiechem zamachał ręką.
Przeszliśmy między stolikami, i gdy do niego
dotarliśmy, zamknął nas w niedźwiedzim uścisku.
- Nareszcie! Ile można na was czekać?
– nie omieszkał uczynić nam wyrzutów, zaraz po wylewnym przywitaniu.
– Nawet nie wiesz, jaką dziwną drogą
jechał kierowca. – zacząłem nas usprawiedliwiać, a Claire potakiwała
energicznie głową.
– Dobra, dobra. Już ty się lepiej nie
tłumacz. – pokręcił głową z uśmiechem i jeszcze raz nas przytulił.
Uwielbiałem spędzać czas w towarzystwie Claire i
Marco. Usiedliśmy i poczułem jak się rozluźniam. Rozmawialiśmy i żartowaliśmy
bez przerwy, a ja czułem, jak moja zdolność logicznego myślenia zmniejsza się
wprost proporcjonalnie do ilości wypitych Cosmopolitanów. Jednak mimo lekkiego
otępienia, nie uszło mojej uwadze ich dziwne zachowanie. Cały czas spoglądali
na siebie porozumiewawczo, ale kiedy Marco popatrzył na Claire pytająco, a ona
pokręciła przecząco głową, nie wytrzymałem.
– Przepraszam? – odezwałem się, wkurzony
szopką, którą odstawiali – Dowiem się wreszcie o co chodzi? – Claire schowała
się za swoją szklanką, więc przeniosłem wzrok na Marco.
Wiking natomiast splótł dłonie i spokojnie
popatrzył mi w oczy.
– Nie mamy perkusisty. – oznajmił i upił
łyk piwa.
– I to jest problem? – spytałem z
niedowierzaniem. To, że Greg odszedł, nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem.
Traktował wszystkich członków zespołu z góry i jak tylko miał okazję, to także
wyśmiewał… najbardziej mnie. Nie raz słyszałem z jego ust obelgi, teoretycznie
zaowalowane i wypowiedziane „przyjacielskim” tonem, które automatycznie i
bez większego wysiłku odwzajemniałem, ale oboje się nienawidziliśmy.
Był paskudny, nawet z wyglądu, ale znakomicie
grał na bębnach, więc go nie wyrzucaliśmy. W głębi serca nawet się ucieszyłem,
że już nie będę widywać tego prostaka, jednak wciąż nie rozumiałem, dlaczego
moi przyjaciele są tak bardzo zmartwieni, a fakt, że Marco starał się to
ukrywać, jeszcze bardziej mnie zastanawiał – Przecież już nie raz nie mieliśmy
perkusisty w składzie. Za dwa, góra trzy dni kogoś znajdziemy.
– Właśnie, brak perkusisty nie jest
problemem… – powiedział powoli, jakby zastanawiając się nad każdym słowem –
Problemem są jego dalsze zamiary.
– Wybacz, ale nadal niezbyt rozumiem.
Dlaczego niby jego „dalsze zamiary” są naszym problemem? – byłem inteligentny,
ale nie ogarniałem tej sytuacji. Nagle Claire przestała udawać, że jej tu nie
ma i odezwała się, uprzedzając Marco.
- Andy… Gdy Greg zadzwonił dzisiaj do Marco
i poinformował nas, że – delikatnie mówiąc – odchodzi z zespołu, powiedział coś
jeszcze. Powiedział, że znosił cię tylko dla dobra zespołu, ale teraz, kiedy
już nie jest „zmuszony” tolerować twojego „pedalstwa”, zemści się za wszystkie
przytyki i da ci popalić. – wyrzuciła z siebie na jednym tchu, a w jej
szmaragdowych oczach błyskała wściekłość. Siedziałem z otwartymi ustami, w
szoku, a Marco patrzył na nią z wyrzutem.
– Co? Że niby… Co!? – z zaskoczenia nie
potrafiłem sklecić żadnego sensownego zdania – Nasz stary bębniarz mi grozi?
Dobrze zrozumiałem?
– Tak, mniej więcej właśnie o to chodzi. –
powiedziała ostrożnie Claire. Marco wywrócił oczami i odchylił się na krześle.
– Groził, groził, ale raczej nie masz się
czego bać – oznajmił głębokim, uspokajającym tonem – Greg jest mocny tylko w
gębie, a poza tym… – kontynuował swój wywód, ale już przestałem go słuchać.
Szczerze mówiąc, niezbyt się przejmowałem tym,
pożal się Boże, zastraszaniem mnie przez perkusistę. Oparłem się na krześle,
sącząc powoli lampkę wina, którą przyniósł mi wcześniej Marco, a mój wzrok
wędrował po sali. Gdy dotarł do jej przeciwległego końca, moje serce zamarło.
– Ja pierdolę! Claire! On tu jest! –
powiedziałem rozhisteryzowanym głosem.
- Greg!? – krzyknęli jednocześnie i
zaczęli się rozglądać.
– Nie! Nie Greg idioci! Leo! – syknąłem
zirytowany ich niedomyślnością i co raz bardziej podniecony. Marco miał nic
nierozumiejący wzrok, a Claire wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk.
– Gdzie? Gdzie? Pokaż! – zażądała władczym
tonem.
– Tam siedzi. – wskazałem konspiracyjnie głową.
Siedział przy stoliku z jakimś mężczyzną i rozmawiali. Z lekkim niepokojem
obejrzałem dokładnie swojego potencjalnego rywala.
Miał około 26 lat, ładne, brązowe włosy i był
modnie ubrany. Po ukończeniu obserwacji, znacznie się uspokoiłem – byłem o wiele
bardziej atrakcyjny.
Przeczesałem dłonią włosy – Jak wyglądam? –
spytałem, zakładając nogę na nogę, a Marco, z lekko zdezorientowaną miną,
pokazał uniesiony kciuk.
– A, tak, widzę go… sam seks! – rudowłosa
posłała mi znaczące spojrzenie, po czym zmierzyła mnie wzrokiem – Wyglądasz
bosko skarbie… Jakbym była twoim facetem, to przeleciałabym cię – mrugnęła do
mnie i się roześmialiśmy.
Przybiliśmy piątkę i usłyszeliśmy chrząknięcie.
Marco siedział z uniesionymi w niemym pytaniu brwiami.
– Co to za Leo? – popatrzył na nas
pytająco.
– Leo, to nowy książę Andy’ego – wyjaśniła
Claire i naświetliła wikingowi wydarzenia wczorajszego dnia.
Wyprostowałem plecy, oparłem się torsem o stolik
i powoli podniosłem kieliszek z winem do ust. Przymknąłem delikatnie powieki i
obmyślałem wszelkie możliwe zakończenia tego wieczoru. W najgorszym razie
zakładałem, że mnie nie zauważy, a nawet jeśli, to mnie zignoruje, skoro był na
randce. Byłem zazdrosny, ale byłem w stanie zrozumieć, że się z kimś umówił –
poznaliśmy się dopiero wczoraj.
Najbardziej drażnił i niepokoił mnie sposób, w
jaki rozmawiał z mężczyzną, siedzącym na przeciwko niego. Wydawali się być
sobie bardzo bliscy i mimowolnie poczułem lekkie ukłucie w sercu. Pocieszał
mnie fakt, że prawie w ogóle nie mieli kontaktu fizycznego.
Postanowiłem przestać o tym myśleć i skupić się
na rozmowie moich przyjaciół, która teraz dotyczyła sensu życia i kosmosu…
uwielbiałem pijackie dywagacje na ten temat. Z chęcią włączyłem się do
dyskusji, która teraz skupiła się związku między Platonem, Nietzschem i
nicością.
Właśnie wyjaśniałem, że Freud nigdy nie miał, nie
ma i nigdy nie będzie miał niczego wspólnego ze świętym Augustynem, kiedy
poczułem czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciłem się, chcąc przegonić tego, kto
śmiał przerwać mój wywód, ale zamarłem, a moje tętno przyspieszyło.
– Andy! – intruz obdarzył mnie
najcudowniejszym uśmiechem na świecie i pochylił się trochę w moją stronę –
Nawet nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię widzę… – odgarnął mi włosy z
czoła, a ja roześmiałem się perliście, błagając swoje ciało o spokój.
– Leo! – znowu zaczynałem tonąć w jego
oczach, a ilość wypitego alkoholu, wcale mi nie ułatwiała skoncentrowania się –
Miło wiedzieć, że za mną tęskniłeś. – powiedziałem z subtelnym uśmiechem i
upiłem łyk wina na uspokojenie. Byłem przerażony i zawstydzony tym, co
powiedziałem, ale nie odwróciłem wzroku. Jego spojrzenie mnie pochłaniało.
Nagle przypomniało mi się to zdjęcie, które dzisiaj widziałem i cudem udało mi
się powstrzymać jęk, na myśl o jego ciele.
Roześmiał się, zmrużył oczy i lekko przygryzł
dolną wargę. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to reakcja na moje słowa i
odetchnąłem z ulgą, że nie słyszy moich myśli. Rozchylił usta, żeby coś
powiedzieć, kiedy nagle zza jego pleców wyłonił się jego brązowowłosy
towarzysz. Skądś znałem jego twarz, ale nie pamiętałem skąd. Położył rękę na
ramieniu blondyna, a chłopak odwrócił się zaskoczony, jednak szybko się
uśmiechnął.
– Andy, – odwrócił się do mnie, a ja
wstałem i zacząłem przeczuwać najgorsze – pozwól, że przedstawię ci Matta,
mojego starszego brata – gdy usłyszałem słowo „brat” myślałem, że popłaczę się
ze szczęścia. Zamiast tego uścisnęliśmy sobie chłodno ręce z szatynem. Z bliska
zauważyłem, że rzeczywiście, posiadają z Leo pewne cechy wspólne.
– Leo, przyszedłem się pożegnać… – odezwał
się Matt. Kiedy usłyszałem jego głos, natychmiast przypomniało mi się, skąd go
znam. To on dzisiaj rano na mnie wpadł i nawrzeszczał… to zdecydowanie nie
wróżyło nawiązania jakiejkolwiek więzi - zaraz przyjdzie Cat i
idziemy jeszcze do klubu, a mam takie dziwne wrażenie, że będziesz wolał tu
zostać – powiedział z uśmiechem, spojrzał na swojego młodszego brata znacząco,
uściskał go i sobie poszedł. Nareszcie.
Blondyn spojrzał na mnie, lekko zarumieniony.
Przez jeden, krótki moment patrzyliśmy sobie prosto w oczy, rozkoszując się tą
chwilą. Z letargu wyrwało nas chrząknięcie, dochodzące ze strony moich
przyjaciół. Spoglądali na mnie z wyrzutem. Dotarło do mnie, że
jeszcze nie przedstawiłem im Leo w „oficjalny” sposób.
- Ach… przepraszam… Leo, to są Marco
i Claire… moi zdrowo rąbnięci przyjaciele. Marco, Claire, to jest Leo –
powiedziałem szybko, lekko zakłopotany swoim niedopatrzeniem. Na szczęście
mogłem zrzucić wszystko na alkohol.
Siedzieliśmy jeszcze chwilę we czwórkę i byłem
zachwycony, jak dobrze się dogadują, kiedy Claire stwierdziła, że jest śpiąca,
głodna pijana i nie będzie sama wracać, bo jeszcze ktoś ją zgwałci i będziemy ją
mieć na sumieniu, więc niech Marco ją odprowadzi do domu.
Kiedy zostaliśmy sami, Leo uśmiechnął się do mnie
w „ten” sposób. Poczułem jak moja krew wrze, gdy moje ucho owionął jego
gorący oddech.
- Masz może ochotę jeszcze gdzieś
wyskoczyć? – usłyszałem głęboki, zmysłowy głos blondyna, a po moich plecach
przeszedł dreszcz.
– Zawsze. – odpowiedziałem, patrząc mu w
oczy z lekkim uśmiechem na ustach.
Delikatnie i czule wziął mnie pod rękę i razem
ruszyliśmy na podbój nocy.