sobota, 22 lutego 2014

Music Within My Heart, Honey... [1]

[1]



Siedziałem w Parku, przy wybrzeżu i czułem dotyk słońca na mojej skórze. Promienie pieściły mnie czulej niż kochanek, a śpiew ptaków przecinał rześki powietrze. Nie żebym cokolwiek słyszał. Na uszach miałem słuchawki [http://www.youtube.com/watch?v=boanuwUMNNQ] i starałem się zapomnieć o całym świecie. Roześmiałem się słysząc początek refrenu i kilka osób dziwnie na mnie spojrzało – wtedy się zorientowałem, że cały czas śpiewałem, zagłuszając innym piskliwy śpiew ptaków.

Uśmiechnąłem się zwycięsko i poprawiłem długie, lśniące, czarne włosy, wyciągnąłem przed siebie szczupłe, odziane w wysokie glany nogi i umościłem się wygodniej w zagłębieniu między korzeniami drzewa. Przełączyłem piosenkę w odtwarzaczu MP4 [http://www.youtube.com/watch?v=-6Xl9tBWt54] i pogrążyłem się w rozmyślaniach.

W sumie, mogę spokojnie powiedzieć, że przez ostatnie kilka dni wszystko układało się po mojej myśli. Udało mi się zdobyć bilety dla mnie i moich przyjaciół na lot do Europy na Castle Party, co uważałem za wyczyn prawie niemożliwy, a jednak!

Mój potok myśli przerwał nagły ból w nodze, huk i wiązanka przekleństw, słyszalna nawet przez słuchawki. Otworzyłem oczy, bądź co bądź, lekko zaskoczony. Okazało się, że źródłem hałasu był pewien przystojny blondyn na rowerze… Cóż, teraz bardziej na ziemi niż rowerze. Leżał zaplątany w rower, a z jego ust wydobywały się wszelkiego rodzaju złorzeczenia.  

Zsunąłem słuchawki z uszu, domyślając się, że przyczyną jego upadku, były zapewne moje nogi i –biorąc pod uwagę jego wygląd –nawet rad z tego, że nie obędzie się bez wyjaśnień i rozmowy. Wstałem. Podczas gdy złotowłosy nadal wyplątywał się z roweru, stwierdziłem, że całkowicie zdejmę słuchawki, aby lepiej wyeksponować mój największy, oprócz dużych, ciemnoniebieskich oczu, atut –włosy.

Zniecierpliwiony guzdraniem się chłopaka, powziąłem decyzję, o odezwaniu się.
- Pomóc ci? –zapytałem i zesztywniałem. Nie to chciałem powiedzieć! Chciałem go wyśmiać, powiedzieć coś uszczypliwego, wrednego, złośliwego… na pewno nie chciałem oferować mu pomocy, co to, to nie! Blondyn zamarł w bezruchu, zaskoczony. Pewnie też spodziewał się ataku na swoją osobę z mojej strony. Spojrzał na mnie badawczo spod grzywki. Czułem, jak drżę, gdy jego wzrok przesuwał się po moim ciele, oceniając mnie. 

Uśmiechnął się lekko i nagle spojrzał prosto w moje oczy. Moje serce zabiło szybciej i zorientowałem się, że tonę w miodowej barwie. Ostatkiem sił próbowałem utrzymać się na powierzchni świadomości i otrząsnąć się. Gdzieś głęboko w mojej głowie, przewijało się mnóstwo myśli. Że go nie znam, że ludzie zbierają się wokół nas zaciekawieni tym, co się stało i że, o mój Boże, na pewno coś mu się stało. To ostatnie natychmiast mnie orzeźwiło. Przyklęknąłem przy nim i starając się nie patrzeć mu w oczy, ponowiłem pytanie.
 –Pomóc ci?- spojrzał na mnie z wahaniem. Byłem pewien, że właśnie stacza wewnętrzną batalię ze swoją męską dumą.

Po kilku sekundach skinął głową i uśmiechnął się lekko z zakłopotaniem, a ja dostałem palpitacji serca. Popatrzył na mnie psim wzrokiem i odezwał się cicho.
- Jakbyś mógł…. przytrzymać ten cholerny rower… byłbym wdzięczny… – na dźwięk jego głębokiego barytonu, poczułem mrowienie w dole kręgosłupa. Po szybkim ogarnięciu swoich reakcji, spełniłem jego prośbę. Złapałem rower, żeby mógł się bez problemu uwolnić od problemowego pojazdu. Podczas całej „operacji” delikatnie zsunęły mu się spodnie, odsłaniając opaloną skórę na podbrzuszu i biodrach. Na ten widok gwałtownie przyspieszył mi puls i poczułem, że pieką mnie policzki. Na szczęście rumieńce dodają mi urody.

Jak tylko udało mu wstać, zaczął szybko wyrzucać z siebie jakieś niezbyt składne przeprosiny, ale przerwał gdy pokręciłem głową.
- Spokojnie, nic się nie stało. -powiedziałem najbardziej przyjaznym tonem, na jaki było mnie stać. A nie było mnie stać. Generalnie, na codzień nie jestem zbytnio przyjazny, ale teraz najbardziej zależało mi na zrobieniu dobrego wrażenia -Nic sobie… nie uszkodziłeś? -spytałem niezdarnie. Nigdy nie byłem zbyt dobry w byciu miłym. Najwyraźniej rozbawiłem go swoim zakłopotaniem, bo roześmiał się.
- Nie, -odpowiedział, wciąż się śmiejąc -poza moją dumą, nic nie ucierpiało. No, i dobrym pierwszym wrażeniem. -zagryzł wargę i delikatnie zmarszczył czoło. Cholera! wyglądał teraz tak seksownie… jego pytające spojrzenie uświadomiło mi, że się na niego gapię i najprawdopodobniej nie usłyszałem co przed chwilą powiedział. Zmieszałem się trochę, a mój rumieniec wykraczał poza wszelkie przyjęte normy.

- Przepraszam… zamysliłem się… mógłbyś powtórzyć? -zapytałem nieśmiało z nadzieją, że nie wrzaśnie mi w twarz, że mnie nienawidzi. Sam byłem zaskoczony! Skąd u mnie takie obawy? Jeżeli ktokolwiek miałby tutaj wrzeszczeć, to ja. Zawsze tak było. Odzyskałem cały swój dawny rezon i spojrzałem na niego wzywająco, ale widząc, że moja odpowiedź go zawstydziła, zmieszała i pozbawiła tej wcześniejszej nonszalanckiej postawy, zacząłem się zastanawiać, czego takiego nie usłyszałem.

- Zastanówmy się… najpierw zaproponowałem ci kawę, jako wynagrodzenie za wszelkie szkody, w nadziei, że uda mi się poprawić twoje zdanie na mój temat, a potem się przedstawiłem i zapytałem o twoje imię. -przechylił lekko głowę i spoglądając mi w oczy. Czułem jak to jego głębokie spojrzenie znowu mnie wciąga i spróbowałem sklecić jakąś sensownie brzmiącą odpowiedź.

- Ja… eee… mam na imię Andy… Andy, tak właśnie! -kuźwa mać! – A ty? -odpowiedziałem przeklinając w duchu, na wszystkie możliwe sposoby, zaistniałą sytuację.
- Więc, Andy… -wydawał się smakować to imię na języku -ja studiuję na Politechnice i… jestem Leo. -uśmiechnął się, a mi zaparło dech w piersiach. Ten… uśmiech w połączeniu z tymi oczami, sprawił, że mnie całkowicie sparaliżowało. Nie byłem w stanie się poruszyć, nie mówiąc o myśleniu. Byłem absurdalnie szczęśliwy, że poznałem imię mojego nowego prywatnego Boga. W pewnej chwili owy Bóg westchnął zrezygnowanie i podszedł do roweru i podniósł go.

- Cóż… Andy… -moje imię tak pięknie brzmiało w jego ustach! -miło było cię poznać. -uśmiechnął się smutno, a do mnie dotarło, że raz, wciąż stoję w bezruchu, dwa, zaproponował mi wcześniej kawę, a ja nie odpowiedziałem i trzy, musiał pomyśleć, że mój bezruch i brak odpowiedzi wynika ze złości, a nie z… tego dziwnego stanu w jaki wpędza mnie jego osoba. - Może jeszcze kiedyś na siebie wpadniemy. -powiedział i wsiadł na rower, a mój paraliż przerodził się w panikę.
- Nie! - wrzasnąłem, aż podskoczył - To znaczy czekaj… Leo. Ja… bardzo chętnie pójdę z tobą na kawę. -moja pewność siebie i zdolność konstruowania wypowiedzi nagle wróciły. - Tylko nie dzisiaj, bo muszę poćwiczyć, a jutro mam próbę… - urwałem nagle. Wpadłem na cudowny pomysł, którego już zaczynałem żałować, ale nie mogłem się powstrzymać. - wiesz… gram w zespole na gitarze i może miałbyś ochotę przyjść na nasz koncert w sobotę? A co do kawy… wymieńmy się telefonami, tak będzie najprościej. - zadecydowałem i spojrzałem mu w oczy. Był… co najmniej zaskoczony nagłą zmianą mojej postawy. 

Uśmiechnąłem się zalotnie, widząc, ze teraz to on był sparaliżowany. Roześmiałem się w duchu. Podszedłem do niego z telefonem i podyktowałem mu swój numer. Jak już się otrząsnął z szoku, wziął ode mnie komórkę i wpisał swój. Pod wpływem dziwnego impulsu, objąłem go lekko na pożegnanie. Już chciałem się odsunąć, czując, że moje ciało ma ochotę na coś więcej, niż tylko lekkie objęcie, gdy poczułem, że jego silne ramiona mnie oplatają i przyciągają do klatki piersiowej. 

Usłyszałem jeszcze tylko huk roweru, zanim cały świat zniknął i otoczyła mnie wspaniała woń. Pachniał drzewem cedrowym, koniakiem i jałowcem*… Przez cienki materiał czułem jego mięśnie brzucha. Z nadmiaru emocji zmiękły mi kolana, a całe ciało drżało. Upadłbym gdyby mnie nie podtrzymywał. Powoli się od siebie odsunęliśmy, zobaczyłem, że jest nie mniej roztrzęsiony niż ja.

Był zarumieniony i patrzył na mnie z… pożądaniem? Szybko się pożegnaliśmy, zawstydzeni i zawiedzeni, że tak szybko się wszystko skończyło.

Patrzyłem jak odjeżdża i macha do mnie przez ramię. Byłem podniecony i rozemocjonowany. Zabrałem swoje rzeczy spod drzewa i ruszyłem w drogę powrotną do swojego mieszkania.
________________________________________________________________
*perfumy Avonu „Elite Gentleman”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz